sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 54

Rozdział LIV

Opowieść Hayde


Nazywam się Hayde i już od siedemnastu lat jestem żoną Edmunda Dantesa, hrabiego Monte Christo. Jestem naprawdę szczęśliwa, że nią zostałam i nigdy, ani przez chwilę nie żałowałam swojej decyzji. Edmund jest naprawdę wspaniałym mężem. Kocham go nad życie, a on kocha mnie. A nasza córka Marta jest naszym największym skarbem na świecie.
Jednakże nie zawsze w moim życiu panowało szczęście. Przez koleje mego losu przetoczyły się chwile okrutne, ciężkie i bardzo tragiczne. Mój ojciec został zamordowany, matka zmarła w niewoli, a ja bym pewnie do dzisiaj była bym sułtańską nałożnicą, gdyby nie mój ukochany mąż, który mnie wykupił z niewoli i uczynił tą, kim jestem obecnie.
Obawiam się jednak, że zaczęłam opowiadać od końca. Dlatego lepiej będzie, jeśli zacznę od początku.
Urodziłam się około roku 1812 na teranie Janiny, którą rządził mój ojciec. Rodzice moi bardzo się kochali. Ojcem moim był sam Ali Pasza z Tebelenu, ale nazywano go też Ali Tebelinem. Był on paszą wyspy o nazwie Janina, a prócz tego wezyrem na dworze sułtana tureckiego, jak i również człowiekiem niezwykle wpływowym i poważanym. Na jego rozkaz ludzie mogli umierać w męczarniach lub też ocalić swoje życie nawet wtedy, gdy nadeszła ich ostatnia chwila. Od jego woli zależało bardzo wiele. Do dzisiaj ludzie opowiadają o moim ojcu, że był on człowiekiem okrutnym oraz bezlitosnym, że bezwzględnie likwidował każdego swojego wroga, który tylko stanął mu na drodze. Nie wiem, czy jest to prawda, czy też nie i nie zamierzam tego rozstrzygać. Mój ojciec był taki, jaki był. Należał do grona polityków, a przecież oni zawsze muszą być bezwzględni. Gdyby tacy nie byli, to szybko straciliby wszystko, co osiągnęli. Jeżeli byliby oni miękcy, to nie zdołaliby się utrzymać na stanowisku, które z łaski losu otrzymali. Dlatego muszą pozbywać się w sposób bezwzględny każdego, kto choćby w najmniejszy sposób im zagraża. Jeżeli tego nie zrobią, to wówczas zachowują czyste serca, lecz mogą skończyć zniszczeni przez tych, którzy nie mają już takich skrupułów jak oni do usuwania przeszkód na swojej drodze. Nie chcę tu jednak tłumaczyć mojego ojca. Chcę jedynie powiedzieć, że polityka jest brudna, a ten, kto bierze w niej udział, w żaden sposób nie zdoła zachować czystych rąk. Dlatego też, jeżeli mój ojciec nie był czysty, to nie jest to wina jego, ale polityki, w której tryby wpadł.
Moją matką była ukochana kobieta mego ojca. Nazywała się Wasilika. Była chrześcijanką i w tej właśnie wierze wychowała również mnie. Ojciec mój, jako że bardzo kochał moją matkę, pozwolił jej zachować wiarę swoich przodków, jak i również mnie w tej wierze wychować. Z tego właśnie powodu od najmłodszych lat byłam ochrzczoną chrześcijanką. Ojciec mój, chociaż mahometanin, nie miał nic przeciwko temu, aby jego ukochana kobieta i córeczka wyznawały religię, która jemu wydawała się co najmniej dziwna. Można mu więc wiele zarzucić, ale nie można powiedzieć tego, że był okrutny wobec najbliższych. Szczerze kochał mnie oraz moją mamę. Miałam więc szczęśliwe dzieciństwo. Ojciec traktował mnie jak księżniczkę i miałam wszystko, co tylko małe dziecko może sobie wymarzyć.
Niestety, to wszystko skończyło się z chwilą, w której to wybuchło powstanie Greków o niepodległość. Turcy zbyt długo uciskali grecki naród, a ten zbuntował się i ruszył do walki z ciemiężcą. Powstanie to wywołało wielki zryw nie tylko na Wschodzie, ale i na całym świecie. Z wielu krajów Europy przybywali do Grecji ochotnicy, żeby walczyć w szeregach powstańców. Wśród nich było także dużo Anglików i Francuzów. To byli prawdziwi bohaterzy. Nikt im nie kazał walczyć za Greków. Sami z własnej woli wstępowali w ich szeregi. Ponoć wśród nich był wielki poeta George Byron, który jednak te walki przypłacił ciężką chorobą oraz śmiercią w bardzo młodym wieku. Biedny człowiek. Czytałam kilka jego dzieł, szczególnie „Giaur” bardzo mi przypadł do gustu.
Na swoje własne nieszczęście, mój biedny ojciec wsparł powstanie Greków o niepodległość. Zrobił to w minimalnym stopniu, ale to wystarczyło, ażeby sułtan, dowiedziawszy się o tym, kazał go zlikwidować. Mój ojciec jednak nie był w ciemię bity. Schronił się wraz z wiernymi sobie żołnierzami w twierdzy na Janinie. Ukrył tam również moją matkę i mnie. Postanowił walczyć do samego końca, mając jednak cichą nadzieję, że sułtan okaże łaskę. W razie czego jednak był gotów do obrony i to nawet zaciekłej. Jego wojskiem dowodził pewien francuski oficer, jeden z tych dzielnych, europejskich ochotników, którzy zgłosili się do walki dobrowolnie. Nazywał się on Fernand Mondego. Mój ojciec zaufał mu, a nawet pokochał go jak własnego syna. Poprosił go również, aby w razie czego zaopiekował się mamą i mną. Ani ja, ani mama, ani też tym bardziej mój ojciec nie przewidywaliśmy, co się wkrótce miało wydarzyć.
Ojciec oczekiwał posłańca od sułtana. Miał on przynieść mu sztylet jako znak wybaczenia, albo też pierścień jako zapowiedź śmierci. Ojciec więc przygotował się na taką ewentualność. Kazał mnie i matce schronić się w podziemiach. Tam zaś miałyśmy czekać na posłańca. Gdyby przyniósł on pierścień, to wierny niewolnik miał podpalić beczki z prochem, które wysadziłyby podziemia grzebiąc naszych wrogów żywcem, a zarazem też odcinając im drogę do schwytania nas. Ja i matka miałyśmy natomiast uciec łodzią przez rzekę, a potem schronić się w kraju, w którym nie sięga władza sułtana. Gdyby jednak posłaniec przyniósł nam sztylet, to wierny niewolnik miał zgasić pochodnię i nie wysadzać podziemi. I tak też się stało, bo posłaniec przyniósł właśnie sztylet. Nie wiedzieliśmy jednak, że jest to podstęp i kiedy tylko nasz niewolnik zgasił pochodnię, posłaniec złapał za leżący na ziemi sztylet, po czym rzucił się na niewolnika i bez wahania zabił go. Ja i moja matka zrozumiałyśmy wtedy, że padłyśmy ofiarą podłego oszustwa. W tej oto sytuacji próbowałyśmy uciekać, jednak żołnierze sułtana byli wszędzie. Mój ojciec próbował z wiernymi sobie oddziałami bronić się, ale niestety od tyłu zaatakowała go jego własna straż przyboczna, którą dowodził Fernand Mondego. To on właśnie osobiście zamordował Ali Tebelina. Biedny mój ojciec umarł na jego rękach, przed śmiercią zadając mu cios szpadą w ramię. Po tej ranie zrobiła się blizna, która stała się odtąd jego znakiem rozpoznawczym.
Miałam wtedy cztery lata, a pamiętam wszystko dokładnie tak, jakby to było wczoraj. Matka moja zresztą, która wraz ze mną była świadkiem tych wszystkich wydarzeń, opowiedziała mi je ze szczegółami starając się przy tym, abym dobrze zapamiętała nazwisko oraz twarz tego człowieka, żebym nigdy nie pozwoliła sobie na to, aby zapomnieć o tym, kto stoi za naszym nieszczęściem. I nie zapomniałam. Nigdy nie zapomniałam.
Fernand Mondego nie tylko wydał mojego biednego ojca ludziom sułtana, za co oczywiście otrzymał ogromną sumę pieniędzy, ale prócz tego również sprzedał mnie i moją matką w niewolę. Kupił nas od niego niejaki El Kobbir, handlarz niewolników, który potem odsprzedał nas sułtanowi. Matka poszła do jego haremu, a ja miałam podzielić jej los, kiedy już stanę się na tyle dorosła, aby móc spełniać zachcianki władcy.
Rosłam więc, a lata mijały coraz szybciej. Moja matka umarła i właściwie bardzo dobrze, że tak się stało, bo przebywając dłużej w niewoli by chyba oszalała, biedaczka. Oczywiście, zawsze była niewolnicą, ale przecież co innego dla kobiety być niewolnicą kochającego ją człowieka, a co innego sułtana, który ma swoje kobiety za nic. Po śmierci matki ja zaś miałam zająć jej miejsce w haremie, ale los się do mnie uśmiechnął. Na sułtańskim dworze zjawił się nagle człowiek, który to postanowił wykupić mnie z niewoli. Był nim hrabia Monte Christo. Zainteresował się on moją historią i wykupił mnie z niewoli w zamian za piękny diament. Oprócz tego wziął on także od El Kobbira zaświadczenie, że ten kupił mnie wcześniej od Fernanda Mondego.
Nie wiem dokładnie, dlaczego Edmund mnie wykupił z niewoli. Czy dlatego, że zrobiło mu się mnie żal, czy może dlatego, że mogłam stać się narzędziem do zniszczenia naszego wspólnego wroga? Może współczucie do mnie pojawiło się w nim od razu, a może dopiero później? Sama już nie wiem i nie chcę tego wiedzieć. Wiem jedno. Hrabia zawsze mnie traktował nie jak niewolnicę, ale jak księżniczkę. Zawsze z szacunkiem i wielkim poważaniem. Publicznie mnie przedstawiał jako swoją niewolnicę, jednak prawda jest taka, że byłam zawsze kimś o wiele więcej niż tylko żywym przedmiotem kupionym niczym zwierzę.
Kiedy się w nim zakochałam? Sama tego nie wiem. Odkąd tylko odkryłam, jak szlachetnym on jest człowiekiem i jak bardzo o mnie dba, poczułam do niego nić sympatii. W końcu moja sympatia przemieniła się w szacunek, a szacunek w miłość. Kochałam go jednocześnie jak swojego pana, swojego opiekuna i swojego ukochanego. Pomimo tego, iż był ode mnie sporo starszy, kochałam go nad życie i nie chciałam już nigdy się z nim rozstawać.
Podróżowałam z hrabią przez kilka lat po całym świecie. Jak długo trwała ta podróż i w jakich miejscach byłam, to i dnia by nie starczyło, aby to wszystko opowiedzieć. Wspomnieć jedynie mogę o tym, że w roku 1838 pojechaliśmy z hrabią do Rzymu na karnawał. Tam spędziliśmy cudownie czas, zwiedzając miasto oraz chodząc do opery. Ciągle prezentowałam się jako niewolnica hrabiego Monte Christo, ale jednak czułam się dobrze z tym wszystkim. Kochałam mojego pana i wielbiłam go. Wiedziałam, że nawet gdyby mnie obdarzył wolnością, to i tak bym jej nie przyjęła.
Po przybyciu do Włoch, hrabia sobie tylko znanym sposobem, który jednak, jak zakładam jest panu znany, nawiązał znajomość z niejakim wicehrabią Albertem de Morcerfem, który zaprosił go do Paryża. Udaliśmy się tam. Hrabia powiedział mi wówczas, że to właśnie tam odnajdziemy naszego wspólnego wroga, którego to chcemy zniszczyć. Ucieszyłam się bardzo z tego powodu. Zemsta za śmierć mego ojca musiała mieć w końcu miejsce i odwlekać jej dłużej nie było już można. Przybyliśmy zatem do Paryża, a tam zamieszkałam razem z hrabią w pięknym domu na Polach Elizejskich. Zwykle spędzałam tam czas w odosobnieniu lub też otoczona własną, orientalną służbą. Hrabia bardzo często mnie odwiedzał, gdzie miło spędzaliśmy czas. Ja mu grałam na arabskich instrumentach muzycznych, a on słuchał mojej muzyki, pykał fajkę wodną i bywało nieraz, że zasypiał nawet w mojej obecności, a ja mogłam wówczas spokojnie bawić się jego włosami.
O działalności hrabiego w Paryżu niewiele wiem, za to powiedzieć mogę o tym, że pewnego razu będąc w operze zauważyłam rodzinę hrabiego de Morcerfa. Jego syn, Albert, był przyjacielem mego pana. Kiedy tylko ujrzałam ojca Alberta, doznałam szoku. Był nim właśnie Fernand Mondego, zdrajca i morderca mojego ojca. Człowiek, przez którego straciłam wolność i swoich bliskich. Powiedziałam o tym hrabiemu, on zaś poprosił mnie dyskretnie, abym nikomu o tym nie mówiła i opowiedziała mu dokładnie, co i jak. Uczyniłam to. Opowiedziałam hrabiemu o tym w jaki sposób poznałam mordercę mojego ojca. Nie opowiadałam mu swojej historii, bo już dawno ją poznał. Gdy mój pan upewnił się już, że hrabia Fernand de Morcerf jest faktycznie tym człowiekiem, którego poszukujemy, uśmiechnął się do mnie tajemniczo i powiedział, że oto nadszedł czas naszej zemsty. Musieliśmy tylko odpowiednio do niej podejść. Na razie wciąż musiałam milczeć, także więc, kiedy odwiedził nas Albert i był on zainteresowany moją skromną osobą, hrabia poprosił, abym opowiedziała mu swoją historię, pomijając jednak nazwisko tego oficera, który to zdradził mojego ojca. No cóż... Jego wola zawsze była dla mnie święta, dlatego też opowiedziałam młodemu wicehrabiemu wszystko, co chciał wiedzieć, pomijając tylko fakt, że to właśnie jego ojciec przyczynił się do mojej zguby. Miałam wielką ochotę mu to wygarnąć prosto w twarz bez najmniejszych skrupułów, ale zgodnie z wolą mego pana zachowałam w tej sprawie milczenie.
Niedługo potem dzięki hrabiemu, w gazecie pana ojca chrzestnego, czyli Alfonsa de Beauchampa ukazała się notka z wiadomością, iż pewien francuski oficer o imieniu Fernand pełniąc służbę na dworze Ali Tebelina, zdradził go na rzecz Turków, a nawet osobiście zamordował. Rzecz jasna w tym artykule nie było nazwiska owego oficera, zaś imię Fernand jest nawet dzisiaj dość powszechne, ale mimo wszystko rodzina hrabiego de Morcerfa była naprawdę wzburzona. Widać było, że na złodzieju czapka gore. Ten oto nędzny renegat nie spodziewał się, iż w końcu cała prawda wyjdzie na jaw, zwłaszcza po tylu latach. Nędznik był wściekły, a jego synalek biegał po Paryżu z wielką chęcią palnięcia z pistoletu w głowę każdemu, kto by tylko ośmielił się podważyć honor jego rodziny, ale na razie panował powszechny spokój, bo ani nazwisko Mondego, ani nawet de Morcerf nie padło w żadnej gazecie, co jednak nie zmieniało faktu, że wszyscy i tak wiedzieli o kogo chodzi. Wreszcie w gazecie ukazało się wyjaśnienie, które podało dokładnie i bez niedomówień, iż Fernand Mondego, a obecnie hrabia de Morcerf, był owym oficerem z poprzedniego artykułu.
W całym Paryżu wybuchł skandal. Izba Parów wezwała Fernanda Mondego na specjalne posiedzenie, na którym musiał on udowodnić swoją niewinność, jeśli oczywiście dalej chciał zasiadać w tej jakże zaszczytnej instytucji. Fernand bronił się bardzo dobrze i pewnie by ocalał, gdyby nie dwoje ludzi: hrabia Monte Christo i ja. Hrabia przebywał wówczas wraz z Albertem de Morcerfem w Normandii, ale na jego polecenie Bertuccio oraz Jacopo zabrali mnie na posiedzenie Izby, a kiedy już byliśmy na miejscu, to z duszą na ramieniu weszłam do środka. Bardzo się bałam, ale wiedziałam, że nie mogę się już cofnąć. Musiałam zniszczyć mordercę mego ojca. Byłam to winna ojcu, matce i sobie. Zjawiłam się więc na posiedzeniu Izby Parów i powiedziałem wszystkim, jak się naprawdę sprawy mają. Na dowód zaś wspomniałam o bliźnie, jaką otrzymał Fernand od mojego ojca. Każdy mógł więc odsłonić ręce hrabiego de Morcerfa i zobaczyć, że ma on tę bliznę, o której mówię. Fernand najpierw próbował się bronić, jednak pod wpływem mojej mowy oraz dowodów przeważających jego winę zamilkł i nie był już w stanie dłużej wygłaszać swych kłamstw. Izba Parów zaś przegłosowała powołanie specjalnej komisji śledczej, która miała za zadanie odkryć, jaka jest prawda w sprawie Janiny. Oczywiście komisja ta była już tylko czystą formalnością, bowiem wina mordercy mojego ojca została przecież dowiedziona. Fernand Mondego, hrabia de Morcerf był skończony. Moja zemsta się dokonała, ale zemsta mojego pana jeszcze nie.
Po całej tej aferze, mój pan został wyzwany na pojedynek przez Alberta de Morcerfa. Chłopak chciał bronić dobrego imienia swego ojca, które mój pan tak bezwzględnie i bez skrupułów zniszczył. Oczywiście hrabia de Monte Christo nie odmówił pojedynku i szykował się do niego z wielkim zamiarem zabicia młodego paniczyka, jednakże na drodze realizacji tych planów stanęła pewna przeszkoda. Hrabina de Morcerf ubłagała mojego pana, żeby nie zabijał jej jedynego dziecka. Mój pan z trudem jej ustąpił. Postanowił jednak samemu dać się zastrzelić panu Albertowi, aby w ten sposób mieć już spokój od tej rodziny. Spodziewając się swojej śmierci, spisał testament. W nim zaś opiekę nade mną powierzył swojemu wiernemu przyjacielowi, Maksymilianowi Morrelowi, po czym odwiedził mnie i pokazał mi swój testament. Płakałam jak dziecko i błagałam go wiele razy, aby nie dał się zabić temu narwanemu paniczykowi, ale on nie chciał mnie słuchać. Po raz kolejny wyznawałam mu miłość, a on ponownie powtórzył, że nie możemy być razem, bo zbyt wielki bagaż cierpień swoich oraz cudzych na jego przeszłości ciąży, nie mówiąc już o tym, że nie wierzy już w miłość, a poza tym jest dla mnie za stary. Nie przekonywały mnie żadne jego argumenty, ale cóż było robić? Mimo wszystko rzuciłam mu się na szyję i zaczęłam go czule całować. On się wzbraniał, ale widać długo nie zaznał kobiecych pieszczot, bo uległ mi bardzo szybko. Porwał mnie na łoże i tam, właśnie tamtej nocy, została poczęta nasza ukochana córeczka Martusia. To była najszczęśliwsza noc w całym moim życiu.
Na rano zaś powróciła nam obojgu świadomość tego, że mój ukochany ma zginąć w pojedynku. Byłam zmuszona puścić go, żeby udał się na Pola Marsowe razem ze swoimi sekundantami. Płakałam całą godzinę nie mogąc się opanować, ale ku mojej wielkiej radości hrabia powrócił cały i zdrowy. Nie doszło w ogóle do pojedynku - Albert przeprosił mego pana. Z radości skakałam po całym pokoju, a potem rzuciłam się memu panu w objęcia i całowałam go tak długo, jak tylko długo mi starczyło tchu w piersiach. Radosną chwilę przerwał nam jednak hrabia de Morcerf. Nie podobało mu się postępowanie jego syna, więc sam postanowił bronić swojego honoru pojedynkując się z hrabią de Monte Christo. Hrabia walki mu nie odmówił i obaj stoczyli krótki pojedynek na kordelasy w gabinecie mego pana. Hrabia wygrał, ale nie zadał śmierci swojemu przeciwnikowi. Kiedy ten zażądał, aby hrabia go dobił, mój pan odmówił z pogardą. Wówczas to pan de Morcerf zapytał go, kim jest pan de Monte Christo, że prześladuje go z ogromną bezwzględnością i wyciąga na światło dzienne brudy, które nawet go osobiście nie dotyczą. Wtedy mój pan wyszedł na chwilę i powrócił do gabinetu ubrany w strój marynarza, po czym powiedział Fernandowi Mondego, jak się naprawdę nazywa. Zaszokowany tym wszystkim hrabia de Morcerf wrócił do swojego domu, gdzie dowiedział się o tym, iż żona i syn opuścili go. Załamany oraz zhańbiony popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę.
Hrabia został jeszcze na trochę w Paryżu, załatwiając przez ten czas swoje osobiste porachunki z rodziną Danglarsów oraz rodziną de Villefortów. Nie znam bliższych szczegółów tych historii, ale wiem coś, co dotyczy również bezpośrednio i mnie. Córka pana de Villeforta, Walentyna była zakochana w Maksymilianie Morrelu, ale jej ojciec nie zgadzał się na ten ślub. W dodatku macocha próbowała zamordować dziewczynę, aby rodzinny majątek mógł przypaść synowi, którego urodziła ojcu Walentyny - Edwardkowi. W tym celu podła ta kobieta chciała otruć Walentynę, ale mój pan przebrany za księdza Busoni ocalił dziewczynę dając jej środek na sen pozorujący śmierć, po czym po pogrzebie wydobył dziewczynę z rodzinnego grobowca i przywrócił do życia, a następnie ukrył na wyspie Monte Christo, gdzie przebywałam także i ja. Obie z Walentyną bardzo szybko się zaprzyjaźniłyśmy. Opowiedziałyśmy sobie nawzajem o naszych ukochanych i o tym, jaką miłością ich darzymy. Szybko stałyśmy się sobie jak siostry. Po jakimś czasie na Monte Christo przybył mój pan i Maksymilian. Młodzieniec nic nie wiedział o tym, że jego ukochana żyje, zaś mój pan zaś nie powiedział mu o tym chcąc sprawdzić jego miłość. Gdy się przekonał, że Maksymilian szczerze kocha Walentynę i nie umie bez niej żyć, a nawet woli się zabić niż znaleźć sobie inną, to mój pan zaproponował, że obaj popełnią samobójstwo. Wyjął małe puzderko, w którym były dwie pastylki rzekomo zawierające truciznę. Zażyli je obaj. Hrabia jednak oszukał tego młodzieńca - to nie była trucizna, tylko haszysz. Chłopak osłabiony narkotykiem nie miał siły popełnić samobójstwa, a wówczas z kryjówki wyszłyśmy my, a każda z nas padła w ramiona swemu ukochanemu. Walentyna wyznała miłość Maksymilianowi, a ja Edmundowi. Teraz bowiem on był dla mnie Edmundem. Nie hrabią de Monte Christo, ale właśnie moim drogim, kochanym Edmundem. Ukochany mój jeszcze nieco się wzbraniał przed tym uczuciem, ale gdy zapewniłam go, że moja miłość do niego nie minie, zgodził się dać nam szansę i zabrał mnie na statek, gdzie czekali na nas nasi ludzie. Napisaliśmy jeszcze oboje list pożegnalny do Maksymiliana i Walentyny, a następnie odpłynęliśmy razem na Wschód. Podczas rejsu potwierdziłam to, co wyznałam mojemu ukochanemu już na wyspie, słodkim szeptem na ucho - że jestem przy nadziei. Bardzo się z tego powodu ucieszył.
Zamieszkaliśmy w Algierii, gdzie już wkrótce przyszła na świat nasza córka, nasza mała Martusia. Pokochaliśmy ją bardziej niż siebie samych i w ogóle nie spodziewaliśmy się tego, że cokolwiek może zepsuć nasze szczęście. A jednak był taki człowiek, który uznał, iż hrabia Monte Christo przekroczył barierę zemsty na rodzinie de Villefort i zbyt mocno ich skrzywdził, a zatem musi ponieść za to zasłużoną karę. Tym człowiekiem był niejaki Benedetto, nieślubny syn pana de Villeforta. Ów nędznik i były galernik, który kiedyś pomógł Edmundowi zniszczyć swojego ojca, teraz wręcz diametralnie zmienił swoje przekonania. Zaopiekował się on swoim tatuńciem, gdy tylko ten trafił do domu wariatów. Obaj panowie, ojciec i syn, nawiązali nić sympatii i ojciec wymusił na swoim synu przysięgę, że hrabia Monte Christo zapłaci za upadek rodziny de Villefort, a Benedetto niestety postanowił tej przysięgi dotrzymać. Uciekł z więzienia, włamał się do rodzinnego grobowca de Villefortów, po czym obciął trupowi swojego ojca prawą dłoń i z nią jako swoją osobistą relikwią zemsty ruszył w drogę za nami.
Nie mam pojęcia w jaki sposób udało mu się nas odnaleźć w Wenecji, gdzie byliśmy w gościnie u miejscowego doży. Ja, Edmund i nasza mała Martusia. Na tym oto balu spotkaliśmy panny Eugenię Danglars i Ludwikę d’Armily, które na światowej scenie osiągnęły wielki sukces i za zarobione pieniądze hulały, ile się da. Podczas balu przyczepił się do nas dziwny tajemniczy człowiek, a właściwie to kilku. Szybko jednak okazało się, że oni wszyscy mieli ze sobą coś wspólnego - każdy z nich był jednym i tym samym człowiekiem, a tym człowiekiem okazał się być Benedetto. W jakiś sposób odnalazł nas w Wenecji i chciał się teraz zemścić za upadek swojego podłego ojca. Potem jeszcze podeszła do nas jakaś Cyganka i wróżyła nam wszystkim z dłoni. Powiedziała, że widzi na dłoni naszej trzyletniej córeczki straszliwe niebezpieczeństwo, któremu można zapobiec tylko w jeden sposób - biorąc udział w pewnej ceremonii Cyganów i żebraków, podczas której to każdy z nich miał wziąć nasze dziecko na ręce i pocałować je w czoło. Taki oto rytuał miał ponoć odgonić od niej zło. Powiedziawszy nam to wszystko, Cyganka odeszła. Mój mąż oczywiście wyśmiał ten głupi przesąd, ale ja głupia chciałam, żebyśmy wzięli udział w tym całym przedstawieniu. Nalegałam na Edmunda, aż ten ustąpił i zgodził się ze mną. Poszliśmy zatem na zabawę żebraków i Cyganów, a wtedy przycisnęła nas ręka Opatrzności. Podaliśmy dziecko tym łajdakom, a oni... To znaczy jeden z nich, którym był przebrany Benedetto, uciekł z nią śmiejąc się nam w podle twarz. Nie zdołaliśmy go dogonić. Zniknął w ciemnym zaułku.
Nie umiem nawet wyrazić tego, co wówczas czułam. Nienawidziłam sama siebie. Wypominałam sobie, że zgodziłam się na udział w tym jakże żałosnym spektaklu, w którym to utraciliśmy nasze słodkie maleństwo. Nie miałam pojęcia czy jeszcze kiedykolwiek je zobaczę. Myślałam, że oszaleję. Edmund wykazał się wówczas wielkim taktem i spokojem. Nie wypominał mi w żaden sposób tego, co się stało, jednak ja wiedziałam swoje. Byłam wręcz pewna tego, że jeżeli naszej córeczce coś się stanie, tylko ja i moje głupie przesądy będziemy temu winni. Edmund nie okazywał, że to go boli. Był człowiekiem nad wyraz silnym, co jednak nie zmieniało wcale faktu, iż wiedziałam doskonale, iż obawia się o naszą córkę. Nie musiał mi tego mówić głośno, bym mogła to stwierdzić.
Tymczasem przyszło żądanie od porywacza. Mój mąż miał się stawić na wyspie Monte Christo, aby osobiście odebrać Martusię. Musiał przybyć sam, beze mnie. Najpierw jednak, na znak, że nie żartuje, ten podły łajdak Benedetto zastawił na nas dwie zasadzki. Zatrzymaliśmy się po drodze na wyspę w dwóch różnych miejscach i każde z nich zostało potem przez tego nędznika oto podpalone. Nie zginęliśmy, ponieważ on tego nie chciał. Zależało mu jedynie na tym, aby nam pokazać, że jest on gotów na wszystko i lepiej go nie lekceważyć. Edmund udał się na wyspę Monte Christo, a ja miałam czekać w bezpiecznym miejscu, ale ludzie Benedetta porwali mnie i siłą zawlekli na wyspę. Tam ten nędznik oznajmił nam, że wysadzi grotę w powietrze i w ten sposób pogrzebie nas żywcem. Na szczęście nie wiedział o tym, że miał wśród swoich ludzi człowieka, który to zachował wierność wobec mojego męża. Był to Peppino, którego Edmund ocalił kiedyś od śmierci na szafocie. Powiadomił on o wszystkim Bertuccia i Jacopa, po czym we trzech postanowili nam pomóc. Jacopo sprowadził swoich przemytników i wraz z nimi i Bertucciem zaatakował ludzi tego bandyty w odpowiedniej chwili, ratując nam wszystkim życie. Niestety, Benedetto zdołał nam zbiec, a wcześniej wysadził szybko grotę w powietrze myśląc, że nas pogrzebał żywcem, tak jak wcześniej nam to zapowiedział. Nie wziął jednak pod uwagę faktu, że mój mąż zna wyspę Monte Christo o wiele lepiej niż on, dlatego zdołaliśmy wyjść innym przejściem. Wszyscy następnie udaliśmy się na pokład statku Jacopa, gdzie czekała już nasza córeczka odbita z rąk bandytów Benedetta. Z radością złapaliśmy ją w objęcia i wycałowaliśmy za wszystkie czasy.
Chciałam natychmiast powrócić do Algierii, jednak mój mąż uznał, że musi wyrównać rachunki z Benedettem. Wyruszył zatem do Francji wraz z Bertucciem i Jacopem, powierzając mnie opiece ludzi Jacopa, którzy zawieźli nas do domu. Edmund słusznie podejrzewał, że Benedetto zechce teraz odłożyć na miejsce dłoń swego ojca i nie pomylił się, bo ów nędznik to właśnie chciał zrobić. Nie wiedział jednak tego, że grabarze, którzy go wpuścili do środka grobowca rodziny de Villefort, to mój mąż i jego przyjaciele, a do tego też towarzyszący mu Peppino to nasz przyjaciel. Na znak Peppina, Edmund z Jacopem oraz Bertucciem zamknęli grobowiec Villefortów, zamykając w jego środku naszego prześladowcę, a potem sprowadzili żandarmów. Benedetto trafił za kratki, jednakże mój mąż przebrany za księdza Busoni odwiedził go i odbył z nim długą rozmowę, której treści nie znam. Wiem jednak to, że Benedetto po tym wszystkim opuścił więzienie nie żywiąc już do nas żadnej urazy i zrezygnowawszy z zemsty na naszej rodzinie. Przyznam się panu, że sama namawiałam mego męża, aby nie mścił się na tym młodym łajdaku - zrobiło mi się go bowiem żal. Tak, właśnie żal. Byłam w stanie zrozumieć motywy jego postępowania, a także trochę mu wtedy współczułam. Poza tym widziałam już dobrze, do czego prowadzi zemsta i wolałam jej nie ciągnąć w obawie o to, co się może stać. Ubłagałam więc męża, żeby dał tego łajdakowi jeszcze jedną szansę, a ten to uczynił, jednakże pomimo tej mojej litości wciąż nie ufałam Benedettowi i chwilami żałowałam swojej litości, która się we mnie zebrała chyba z powodu bycia matką. Także dopiero niedawno, gdy usłyszałam o śmierci tego nędznika na gilotynie za jego już i tak liczne zbrodnie, odetchnęłam z ulgą. Ponieważ teraz dopiero mam pewność, że nasza rodzina naprawdę jest bezpieczna.
Na tym mogę zakończyć naszą opowieść, ponieważ już nic innego godnego pańskiej uwagi się w naszym życiu już raczej nie wydarzyło. Poza tym, że Marta dorosła i poznała pana. Poznała i pokochała.

2 komentarze:

  1. A zatem zarówno Fernand, jak i ojciec Hayde okazali się być zdrajcami, bo Fernand zdradził Aliego, a Ali zdradził sułtana, który przecież darzył go zaufaniem, skoro uczynił go swoim wezyrem. Hayde z kolei okazała się być osobą niezwykle szlachetną i łaskawą, skoro wyprosiła hrabiego , by dopomógł Benedettowi uciec z więzienia, mimo że o mało ci nie zginęli przez tego podłego łajdaka, ale sam hrabia również okazał się bardzo wspaniałomyślny, skoro uległ jej namowom i pomógł Benedettowi uniknąć gilotyny, co na nic się nie zdało, bo ostatecznie Benedetto i tak poniósł zasłużoną karę za swoje liczne zbrodnie. Dobrze, że hrabia i Hayde ułożyli sobie życie i dobrze im się wiedzie, gdyż całkowicie zasługują na szczęście i że po tylu trudnościach udało im się je ostatecznie osiągnąć. Hrabia tak długo wzbraniał się przed miłością, ale w końcu jej uległ i z całą pewnością szczerze pokochał Hayde, skoro jest z nią taki szczęśliwy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawa opowieść Hayde.
    Jak w klasycznym melodramacie: bohaterka zostaje skrzywdzona, a potem wynagrodzona szczęściem.
    Pokochała hrabiego i stworzyli razem udaną rodzinę i nie przeszkodziły im w tym blizny z przeszłości.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...