Przejdźmy teraz do drugiej części mojej
opowieści. Jest to z całą pewnością najmniej przyjemny dla mnie fragment
mojego życia, gdyż stanowi on czternaście ciężkich lat spędzonych w
zamku If. Ten, kto nigdy nie przeżył czegoś podobnego, nigdy nie będzie w
stanie sobie wyobrazić tego, co się dzieje z człowiekiem, kiedy
przechodzi przez takie piekło, jak to. Dlatego też, jeżeli oczywiście
nie będzie to panu przeszkadzać, panie Chroniqueur, opowiem wszystko
najkrócej jak się tylko da, nie zapominając jednak przy tym o
najważniejszych szczegółach.
Zostałem wtrącony do więzienia na wyspie If roku pańskiego 1815. Jak już była o tym mowa poprzedniego dnia, przyczyną mojego uwięzienia był rzekomy bonapartyzm. Oczywiście wówczas nie miałem zielonego pojęcia o tym, jakie są prawdziwe powody mego aresztowania, gdyż pan de Villefort zadbał o to, aby nikt nigdy nie udzielał mi na ten temat żadnych informacji. Miałem pozostać w błogiej nieświadomości, chociaż błoga to ona zdecydowanie nie była. W każdym razie nie dla mnie.
Z chwilą, w której wsadzili mnie do więzienia, przestałem już być Edmundem Dantesem. W ogóle przestałem być wtedy kimkolwiek. Stałem się tylko numerem więziennym. Numerem 34. Jeśli mnie pamięć nie myli, to właśnie taką cyfrę mi przypisali i tak właśnie mnie nazywali wszyscy ludzie pracujący w więzieniu, jakby moje prawdziwe nazwisko nigdy nie istniało. Prawdę mówiąc, ja po jakimś czasie sam siebie tak nazywałem. Powoli przyzwyczaiłem się do tego, że nie ma już Edmunda Dantesa, a jest jedynie numer 34, więzień z ponurego zamku If. Zapewniam pana, że nie ma dla więźnia nic gorszego, niż stać się niczym więcej jak tylko numerem. Jednym z wielu numerów, jakie znajdowały się w więzieniu. Jednym z wielu numerów, które równie dobrze mogą istnieć, jak i nie istnieć.
Nie wiedziałem za co zostałem aresztowany i przez kogo. Nie znałem prawdy i długo jeszcze nie miałem jej poznać. Wrzucono mnie do celi i pozostawiono własnemu losowi. Nie miałem pojęcia, co robić. Początkowo sądziłem, iż padłem ofiarą pomyłki, która z pewnością szybko się wyjaśni. W końcu jednak pojąłem, że nawet jeżeli moje uwięzienie jest faktycznie jedynie błędem urzędników, to i tak nikt nie zwróci na mnie uwagi, chyba iż sam tego dokonam. Chciałem się widzieć z naczelnikiem więzienia. Strażnik jednak, który przynosił mi jedzenie do mojej celi każdego dnia, odmówił mi tego przywileju. Powiedział mi jedynie tyle, że za drobną opłatą mogę sobie pozwolić na pewnego rodzaju przywileje, jak książki do czytania, jednakże ja byłem tak wściekły, że nie chciałem go słuchać. Zażądałem jedynie widzenia się z naczelnikiem. Gdy po raz kolejny mi odmówiono, rzuciłem się na strażnika z zamiarem uduszenia go. Oczywiście skrępowano mnie i zaraz pojawił się naczelnik, bardzo zdziwiony moim zachowaniem. Zapytałem go wtedy, dlaczego zostałem uwięziony. Naczelnik zaspokoił moją ciekawość i powiedział mi, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest mój rzekomy bonapartyzm, po czym za moją napaść na strażnika przeniesiono mnie do lochu. Pomstowałem wówczas na swój los, ale dziś wiem, że było to nie moje przekleństwo, lecz błogosławieństwo.
Zostałem wtrącony do więzienia na wyspie If roku pańskiego 1815. Jak już była o tym mowa poprzedniego dnia, przyczyną mojego uwięzienia był rzekomy bonapartyzm. Oczywiście wówczas nie miałem zielonego pojęcia o tym, jakie są prawdziwe powody mego aresztowania, gdyż pan de Villefort zadbał o to, aby nikt nigdy nie udzielał mi na ten temat żadnych informacji. Miałem pozostać w błogiej nieświadomości, chociaż błoga to ona zdecydowanie nie była. W każdym razie nie dla mnie.
Z chwilą, w której wsadzili mnie do więzienia, przestałem już być Edmundem Dantesem. W ogóle przestałem być wtedy kimkolwiek. Stałem się tylko numerem więziennym. Numerem 34. Jeśli mnie pamięć nie myli, to właśnie taką cyfrę mi przypisali i tak właśnie mnie nazywali wszyscy ludzie pracujący w więzieniu, jakby moje prawdziwe nazwisko nigdy nie istniało. Prawdę mówiąc, ja po jakimś czasie sam siebie tak nazywałem. Powoli przyzwyczaiłem się do tego, że nie ma już Edmunda Dantesa, a jest jedynie numer 34, więzień z ponurego zamku If. Zapewniam pana, że nie ma dla więźnia nic gorszego, niż stać się niczym więcej jak tylko numerem. Jednym z wielu numerów, jakie znajdowały się w więzieniu. Jednym z wielu numerów, które równie dobrze mogą istnieć, jak i nie istnieć.
Nie wiedziałem za co zostałem aresztowany i przez kogo. Nie znałem prawdy i długo jeszcze nie miałem jej poznać. Wrzucono mnie do celi i pozostawiono własnemu losowi. Nie miałem pojęcia, co robić. Początkowo sądziłem, iż padłem ofiarą pomyłki, która z pewnością szybko się wyjaśni. W końcu jednak pojąłem, że nawet jeżeli moje uwięzienie jest faktycznie jedynie błędem urzędników, to i tak nikt nie zwróci na mnie uwagi, chyba iż sam tego dokonam. Chciałem się widzieć z naczelnikiem więzienia. Strażnik jednak, który przynosił mi jedzenie do mojej celi każdego dnia, odmówił mi tego przywileju. Powiedział mi jedynie tyle, że za drobną opłatą mogę sobie pozwolić na pewnego rodzaju przywileje, jak książki do czytania, jednakże ja byłem tak wściekły, że nie chciałem go słuchać. Zażądałem jedynie widzenia się z naczelnikiem. Gdy po raz kolejny mi odmówiono, rzuciłem się na strażnika z zamiarem uduszenia go. Oczywiście skrępowano mnie i zaraz pojawił się naczelnik, bardzo zdziwiony moim zachowaniem. Zapytałem go wtedy, dlaczego zostałem uwięziony. Naczelnik zaspokoił moją ciekawość i powiedział mi, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest mój rzekomy bonapartyzm, po czym za moją napaść na strażnika przeniesiono mnie do lochu. Pomstowałem wówczas na swój los, ale dziś wiem, że było to nie moje przekleństwo, lecz błogosławieństwo.
W celi obok mnie znajdował się więzień noszący numer 27. Strażnik mi o nim opowiedział. Prawdę mówiąc, strażnicy zamku If byli okropnymi gadułami, jednak trudno im się dziwić. Nie mieli komu się wygadać, chyba że kolegom po fachu lub też jakiemuś więźniowi. Pomijając te krótkie chwile na rozmowy zwykle musieli oni zawsze zachowywać milczenie. Stąd właśnie bierze się ich gadulstwo. Nam więźniom również było to bardzo na rękę. Siedzieliśmy bowiem każdy w swojej celi, skazani na piekielne nudy, przygnębienie, a także nic nierobienie, poza jedzeniem albo krótkim porozmawianiem ze strażnikami. Siedząc samemu w celi, w towarzystwie jedynie własnych myśli, łatwo było oszaleć i niejednego to już spotkało. Podobno mojego sąsiada również, a był nim więzień numer 27, który według słów strażnika opowiadał mu ciągle o bajecznych skarbach, jakie rzekomo posiadał i ponoć ciągle obiecywał naczelnikowi lub innym pracownikom więzienia w zamian za swoje uwolnienie część tego skarbu, a nawet i całość. Wszyscy mieli go za wariata. Ja również. Bałem się, że podzielę jego los i prawdę mówiąc, to o mało co, taki właśnie los by mnie spotkał. Spędziłem bowiem w samotności siedem lat. Siedem bardzo długich oraz męczących lat spędzonych w samotności i na bezczynności.
Siedziałem tak w swojej celi, nie wiedząc nic na temat tego, co też się dzieje na świecie. Nie miałem zielonego pojęcia o tym, że w czasie, kiedy ja gniłem w lochu, to Napoleon Bonaparte uciekł podstępnie z Elby, po czym przeciągnął na swoją stronę większość wojska francuskiego, natomiast król Ludwik XVIII uciekł z Paryża i schronił się w bezpiecznym miejscu. Monarchia na całe sto dni upadła, ustępując ponownie miejsca cesarstwu. W całym kraju rozpoczęła się nagle szczęśliwa passa dla bonapartystów, ale trwała ona, jak już panu powiedziałem, zaledwie sto dni i zakończyła się ogromną przegraną Napoleona w bitwie pod Waterloo. Po tej klęsce Napoleon wiedząc dobrze, że poparcie dla niego spada oraz Francja może mocno ucierpieć, kiedy on pozostanie u władzy, zrzekł się korony, po czym został zesłany na Wyspę Św. Heleny, gdzie spędził już resztę swego życia. Na tron powrócił Ludwik XVIII, a po nim zasiadł na tronie jego brat, Karol X, który rządził aż do roku 1830, po czym, na wskutek rewolucji nazwanej przez historię lipcową, ustąpił miejsca swemu kuzynowi, Ludwikowi Filipowi I.
Ja jednak nie miałem pojęcia o niczym, co się wtedy działo na świecie. Bo niby skąd miałem to wiedzieć? Siedziałem w lochu odcięty od ludzi, zaś strażnicy albo nie wiedzieli nic o tym, co się dzieje na świecie, albo przeciwnie, doskonale to wiedzieli, jednak mieli zakaz mówienia więźniom zamku If o tym, co się dzieje na świecie. Także nie miałem wtedy najmniejszej nawet możliwości dowiedzenia się czegokolwiek o świecie. Zresztą prawdę mówiąc, specjalnie mnie to i tak nie interesowało. Obchodziła mnie wtedy jedynie moja własna wolność, którą zdawało mi się, że już nigdy nie odzyskam.
Cień nadziei dla mnie pojawił się pewnego dnia, kiedy to w więzieniu zjawił się nagle inspektor do spraw więziennictwa z inspekcją. Odwiedzał on więźniów, wypytywał ich o nastroje, warunki pobytu w celi itp. sprawy. Poczułem wówczas, że mam możliwość odzyskania wolności. Inspektor zainteresował się moją sprawą, zwłaszcza, iż opowiedziałem mu o tym, że aresztowano mnie nawet bez procesu sądowego. Obiecał mi pomóc, jednak nie uczynił tego. Dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że postąpił on w taki sposób, gdyż zajrzał do moich akt, w których była notka pana de Villeforta. Przedstawił on mnie w niej jako człowieka podejrzanego politycznie, zatem inspektor uznał, że lepiej nie tykać tej sprawy i dał sobie z nią spokój, a ja zostałem sam w swojej celi załamany i zrozpaczony. Przez pewien czas żywiłem nadzieję na ocalenie, ale widząc brak efektów w mojej sprawie, znów pogrążyłem się w rozpaczy. Wiedziałem już, że nikt się za mną nie wstawi, że nikt mi nie pomoże. Miałem być więźniem całe swoje życie. Czułem, iż powoli tracę zmysły. Modliłem się do Boga o pomoc, a potem zacząłem tracić w Niego wiarę i tak na zmianę. Aż w końcu, kiedy minęło już siedem lat od mojego uwięzienia, a ja powoli myślałem, że umieram... Myślałem wtedy wiele o śmierci. Błagałem o nią, rozmyślałem o niej, po głowie chodziła mi chęć skrócenia moich męczarni. Wtedy właśnie usłyszałem chrobotanie za ścianą.
Nie umiem opisać, jakie uczucia towarzyszyły mi, kiedy usłyszałem ten jakże dla mnie błogosławiony dźwięk. Najpierw pomyślałem sobie, że się przesłyszałem. Potem jednak, gdy się upewniłem, iż to się dzieje naprawdę, dałem znak osobie, która drapała za ścianą, że ją słyszę. Chciałem się jakoś z nią skontaktować, ale popełniłem w ten sposób poważny błąd, gdyż osoba ta była więźniem kopiącym tunel ku wolności i na pewno wzięła mnie za strażnika, wskutek czego zaprzestała tego, co robiła. Byłem załamany i bałem się już, że ów człowiek nie będzie więcej kopał. Miałem jednak ogromną nadzieję na to, iż w końcu wróci do swego zajęcia. Potrzebowałem narzędzia do kopania. Wziąłem więc talerz i położyłem go pod drzwiami celi. Strażnik wchodząc do środka ze śniadaniem nawet nie zauważył go pod swymi nogami i rozdeptał go na kawałki. Zły zwyzywał mnie za kładzenie rzeczy w nieodpowiednim miejscu, ale nie zabrał owych kawałków. Na szczęście, gdyż ja tych kawałków użyłem do zrobienia małej dziury w celi. Dzięki temu udało mi się zrobić mały podkop do miejsca, w którym usłyszałem ów tajemniczy chrobot.
Tak właśnie poznałem mojego sąsiada, więźnia numer 27, ponieważ to on właśnie był autorem owego tajemniczego chrobotania. Od kilku lat kopał tunel ku wolności i niestety, pomylił się w swoich obliczeniach. Załamał się, kiedy odkrył, że tunel jego prowadzi nie na wolność, ale do sąsiedniej celi. Pomimo tego chętnie się ze mną zapoznał. Więzień numer 27 nazywał się ksiądz Faria i był Włochem z pochodzenia. Został aresztowany jeszcze za rządów Napoleona. Powód? Dążył on do połączenia się w jedno państwo księstw włoskich. Napoleon, który to chciał podporządkować je sobie, zdecydowanie wolał, aby te księstwa pozostały w takim stanie, jakim były, dlatego też działania mojego nowego przyjaciela nie były mu na rękę. Faria trafił więc do twierdzy If i pomimo zmiany władz nigdy nie odzyskał wolności. Ironia losu. Ja zostałem uwięziony za rzekomą wierność Napoleonowi, Faria zaś za to, że był przeciwko niemu.
Ksiądz Faria bardzo chętnie zapoznał się ze mną i zaprosił mnie do swojej celi. Przeszliśmy do niej przez wykopany tunel. Cela Farii była bardzo podobna do mojej, jednakże w przeciwieństwie do mnie, ksiądz był człowiekiem niezwykle przedsiębiorczym. Podczas pobytu w więzieniu zrobił kilka narzędzi, za pomocą których obecnie drążył podkop ku wolności. Poczułem nagle chęć, żeby pomóc mojemu towarzyszowi niedoli. Opowiedziałem mu o swoim planie, który wówczas przyszedł mi do głowy. Zaproponowałem, żebyśmy kopali obaj tunel, przedostali się na wolność, po czym zabili strażnika, jeżeli będzie tam stał (było to więcej niż pewne) i wskoczyli do morza, którym to byśmy dopłynęli do najbliższego lądu. Faria jednak przeraził się mojej wizji naszej wspólnej ucieczki. Nie pomyślał o tym, że będzie on musiał kogoś zabić, żeby osiągnąć wolność. Dlatego postanowił zrezygnować z planu kopania tunelu. Próbowałem go przekonać do zmiany zdania. W końcu nie musieliśmy od razu zabijać strażnika, wystarczyło go tylko ogłuszyć. Niestety, ten biedny i jakże dobroduszny Faria nie chciał osiągać wolności czyjąś krzywdą, chociażby najmniejszą. Musiałem więc pożegnać się ze swymi planami.
Aby mi to osłodzić, ksiądz stał się moim przyjacielem, a także i mentorem. Odwiedzaliśmy się w swoich celach, a w ciągu siedmiu kolejnych lat mojego uwięzienia, Faria nauczył mnie wszystkiego, co sam umiał. Była to szeroka wiedza z najróżniejszych dziedzin: historii, matematyki, chemii, fizyki, geografii, języków obcych itd. Jemu to zawdzięczam całą swoją wiedzę. Człowiek ten odmienił moje życie na lepsze. To dzięki niemu zyskałem wiedzę, o jakiej mogłem dotąd jedynie marzyć. Wielkie uniwersytety były dla takich ludzi jak ja zamknięte, a jeżeli już były otwarte, to za wielkie pieniądze. Pieniądze, których ja nigdy nie posiadałem. Natomiast ksiądz Faria bez najmniejszego problemu ofiarował mi całą swoją wiedzę i to jedynie za moje towarzystwo, lecz nie tylko wiedzę mi podarował. Otworzył mi też oczy na prawdę. Pozwolił mi bowiem odkryć, dlaczego znalazłem się w zamku If.
Opowiedziałem mu całą swoją historię, zaś on wywnioskował z niej, że to Danglars i Fernand Mondego odpowiadają za moje uwięzienie. Tylko oni mogli zadenuncjować mnie jako bonapartystę i jako jedyni ludzie mieli w tym czynie jakikolwiek interes. Ksiądz Faria prócz tego skojarzył również ze sobą nazwiska de Villefort i de Noirtier. Powiedział mi, że podczas pobytu na dworze królowej Etrurii poznał on człowieka, który nazywał się Francois de Noirtier de Villefort. Był on wręcz zagorzałym zwolennikiem Napoleona i... rówieśnikiem księdza Farii, a więc skoro posiadał takie samo nazwisko jak mój zastępca prokuratora, to musiał być blisko spokrewniony z de Villefortem. Nie mogło być innego wyjaśnienia. Tylko z tego powodu ten oto człowiek skazał mnie na dożywocie i zniszczył list do pana Noirtiera. Chronił go, a raczej chronił samego siebie. Gerard de Villefort był bowiem nędznym egoistą i na pewno nie kiwnąłby palcem za adresata tego listu, gdyby jego wydanie nie mogło mu zaszkodzić. Faria doszedł do wniosku, że skoro Noirtier był w jego wieku, to na pewno był ojcem de Villeforta. Stąd też właśnie jego chęć zatajenia całej tej sprawy. Wielki zastępca królewskiego prokuratora wiedział, że jeżeli wyjdzie na jaw działalność ojca, jego kariera będzie skończona. Kariera, a także i dobre imię. Żaden porządny dom nie zechce go przyjąć u siebie. Wszystkie urzędy publiczne będą przed nim zamknięte. Dlatego też, aby ratować swoją ciepłą posadkę, pozbył się mnie i tego listu.
Kiedy już to zrozumiałem, w moim umyśle pojawiła się wielka chęć zemsty. Wiedziałem, że nie spocznę, dopóki nie zemszczę się na tych trzech ludziach za swoje krzywdy. Danglars, Mondego i de Villefort musieli mi odpowiedzieć za to wszystko, co zrobili. Faria był przerażony moją chęcią zemsty i próbował mnie odciągnąć od tego pragnienia. Nie udało mu się to jednak, gdyż zemsta stała się moją prawdziwą obsesją, celem mego życia.
Po jakimś czasie Faria zgodził się ze mną, że należy kopać tunel na wolność. Zaczęliśmy więc obaj to robić. Kopaliśmy i kopaliśmy. Codziennie kilka metrów tunelu. Niestety, pewnego dnia Faria dostał ciężkiego ataku. Okazało się, że cierpi na poważną chorobę, wskutek której może umrzeć. Zanim mnie poznał, to miał już pierwszy atak, a w mojej obecności dostał drugiego, który sparaliżował mu lewą część ciała, odbierając tym samym możliwość pracy. Trzeci atak groził mu już śmiercią. Zrozumiałem wówczas, że niedługo stracę mego jedynego, prawdziwego przyjaciela. Faria poprosił mnie więc, abym kopał tunel sam i zostawił go samego, jednakże ja wolałem z nim pozostać, gdyż pokochałem tego człowieka jak ojca lub starszego brata. Postanowiłem nie opuszczać księdza do chwili, w której on nie umrze. Dlatego też Faria kazał mi zasypać wykopany przez nas tunel ku wolności. Nie chciał, aby strażnicy go odkryli. Nie rozumiałem wówczas tego polecenia, ale posłuchałem go. Sprawiłem, że tunel się zawalił. Zrobiłem to z ciężkim sercem nie wiedząc, jaki jest plan mego jedynego przyjaciela. Faria tymczasem, spodziewając się śmierci, opowiedział mi pewną niezwykłą historię.
Okazało się, że w XV wieku żył pewien bogaty kardynał, Cezar Spada. Został on otruty przez papieża Aleksandra VI Borgię, który był jego wrogiem. Papież ów jednak nie wysłał go na tamten świat bez powodu. Kardynał Spada zebrał ogromny majątek - nie muszę chyba mówić, że w nieuczciwy sposób. Aleksander VI Borgia liczył na przejęcie tego skarbu, jednakże otrucie Spady nie przyniosło mu żadnego pożytku, ponieważ w testamencie kardynała była jedynie wzmianka o oficjalnym majątku przekazanym w spadku jego krewnym, ale nie było nic o wielkim skarbie, jaki zebrał w nieuczciwy sposób. Nigdzie nie znaleziono śladu po nim i długo nikt nie wiedział o miejscu, w którym go ukryto. Odkrył to dopiero mój drogi ksiądz Faria, pracując wtedy jako sekretarz hrabiego Spady, jednego z licznych potomków wielkiego kardynała. Hrabia ów posiadał liczne papiery rodowe. Wśród nich Faria odnalazł dokument mówiący o miejscu ukrycia skarbu. Dokument ten został przez księdza niechcący w części spalony, ale Faria był bystrym człowiekiem. Udało mu się, z pomocą wielu innych rodowych papierów hrabiego Spady, dorobić brakujące słowa na spalonym dokumencie i odkrył, że skarb znajduje się na wyspie Monte Christo. Faria po śmierci Spady chciał zabrać skarb, ale przeszkodziło mu w tym aresztowanie. Czując zaś zbliżającą się śmierć wiedział, że nie zdoła wykorzystać tego skarbu i poprosił mnie, abym ja to uczynił. Był już tylko jeden problem. Jak miałem to zrobić, skoro byłem więźniem?
Jak już mówiłem, drogi ksiądz Faria opowiedział mi o skarbie wyspy Monte Christo. Początkowo myślałem, że bredzi i jest to objaw jego słynnego szaleństwa, ale dość szybko uwierzyłem w prawdziwość jego opowieści, gdy pokazał mi ów dokument potwierdzający miejsce ukrycia skarbu. Faria wręczył mi go, po czym kazał nauczyć się na pamięć. Gdy już znałem jego treść na tyle dobrze, że mogłem ją recytować nawet przez sen, kazał mi spalić ów dokument, aby nie dostał się on w niepowołane ręce. Uczyniłem to, po czym ksiądz Faria nakazał mi uczynić jeszcze jedną rzecz. Mianowicie, gdyby dostał on trzeciego ataku swojej choroby, miałem mu siłą otworzyć usta i wlać do nich lekarstwo, jakie posiadał w swojej celi. Lekarstwo swojej własnej produkcji. Nie wiedziałem wówczas, czym ono jest, ale zrobiłem tak, jak mi powiedział. Już wcześniej, podczas drugiego ataku jego choroby dałem mu kilka kropel tego jakże zbawiennego lekarstwa, ale tym razem miałem wlać mu całą butelkę do gardła. Trzeci atak nastąpił i wtedy wykonałem ostatnią wolę mojego przyjaciela. Musiałem sobie pomóc nożem, ponieważ szczęki tego biedaka zwarły się ze sobą tak mocno, że rękoma nie mogłem ich rozważyć, ale z pomocą noża (który był kolejnym wynalazkiem Farii) rozwarłem biednemu księdzu szczęki i wlałem mu potem do ust całą butelkę jego lekarstwa. Niestety, nie uratowało mu to życia, albowiem po zażyciu lekarstwa ksiądz Faria nagle odzyskał przytomność, jęknął z bólu, wił się chwilę po podłodze, po czym zmarł.
Tak oto straciłem mego pierwszego i jedynego w tamtym czasie prawdziwego przyjaciela, a także możliwość odzyskania wolności. Na całe szczęście przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Wiedziałem, że strażnicy odkrywszy, że Faria już nie żyje, zechcą go pochować. Dlatego też, kiedy tylko ciało mego drogiego księdza zostało zawinięte w całun pogrzebowy, odwinąłem go szybko, ciało Farii ukryłem w swojej celi, a sam z nożem w ręku zawinąłem się bardzo dokładnie w ów całun i czekałem. Liczyłem na to, że strażnicy zakopią mnie na cmentarzu, a ja z pomocą noża wydostanę się na wolność. Jakież więc było moje przerażenie, gdy strażnicy zabrali mnie nie w głąb wyspy, ale na mury zamku, po czym przyczepili mi do nogi kulę armatnią i zrzucili mnie do morza. Wówczas dopiero dotarła do mnie straszna prawda. To morze było cmentarzem zamku If. Przerażony krzyknąłem, zdradzając tym samym swój jakże genialny plan, jednakże było już za późno, aby mi przeszkodzić w ucieczce. Strażnicy już zdążyli wyrzucić moje ciało do morza. Słysząc mój krzyk domyślili się wszystkiego, ale nie przejęli się tym zbytnio, gdyż pomyśleli, że utonąłem. Na pewno tak by się stało, gdyby nie nóż, który ze sobą zabrałem. Dzięki niemu uwolniłem się jakoś z kuli i wypłynąłem na powierzchnię. Byłem wolny. Po czternastu latach w więzieniu, nareszcie byłem wolny.
Na tym oto zakończymy tę część mojego życia. Gwoli ścisłości, muszę tutaj jednak jeszcze coś dopowiedzieć. Po latach udało mi się odwiedzić zamek If już jako wolny człowiek i za drobną opłatą kupiłem rzeczy z celi księdza Farii, w tym flakonik z jego lekarstwem. Na dnie buteleczki zostało na szczęście kilka kropli tego jakże tajemniczego płynu. Dałem go do analizy. Okazało się, że ten lek to w rzeczywistości brucyna - środek, który w małej dawce jest lekiem, ale w większej to śmiertelna trucizna. Zrozumiałem wszystko. Ksiądz Faria cierpiał na chorobę, która spowodowała u niego wylew krwi do mózgu. Najprawdopodobniej była to apopleksja. Nie zabiłoby go to, ale sparaliżowało całkowicie i to do końca życia. Doskonale wiedziałem, że taki człowiek jak on, na pewno nie zechce wieść życie jako sparaliżowany. Poza tym paraliż wygląda jak śmierć dla człowieka, który się na tym nie zna. Faria więc mógłby być przez strażników pochowany żywcem, a nawet gdyby się tak nie stało, to na pewno by cierpiał katusze musząc tak żyć, czego przecież nie chciał. Dlatego też nakazał mi, abym wlał mu do ust ogromną dawkę brucyny. Chciał umrzeć i zrobił to, a przy okazji także wiedział (bo przecież musiał wiedzieć), w jaki sposób chowa się zmarłych na wyspie If. Wpadł on więc na pomysł, aby za pomocą tej małej buteleczki uwolnić siebie od życia gorszego niż śmierć, a przy okazji uratować i mnie. Wiedział, że na pewno zechcę uciec, wsuwając się w jego całun pogrzebowy i chciał mi to po prostu znacznie ułatwić, przy okazji także ułatwiając sobie drogę do nieba. Mądry człowiek. Szkoda tylko, że nic mi nie powiedział o swoim planie. Nie zdradził mi jego żadnego szczegółu. Wierzył on widocznie w moją przenikliwość. Problem w tym, że gdyby ksiądz Faria mylił się co do mnie, to ja mógłbym do dzisiaj jeszcze siedzieć w więziennej celi i gnić w niej bez celu, zaś moi wrogowie tuczyliby się na mojej krzywdzie.
No, może nie do końca tak by się potoczyły moje losy. Ostatecznie przecież, po rewolucji lipcowej ogłoszono powszechną amnestię dla więźniów politycznych i objęło to również tych przebywających w zamku If, który przestał być wówczas więzieniem, a stał się atrakcją turystyczną. Gdybym zatem odczekał jeszcze rok, to mógłbym wyjść z więzienia jako oficjalnie wolny człowiek. Oczywiście wtedy nie mogłem tego wiedzieć. Ta wiedza była dla mnie niedostępna. Podobnie jak i ta, co by się ze mną stało, gdyby mądry i wspaniały ksiądz Faria przeceniał mnie i moje możliwości. Wiedza ta jest do dzisiaj dla mnie niedostępna i właściwie wolę chyba nie wiedzieć, co by było, gdyby... Co by było, ksiądz Faria się pomylił.
Dzięki Bogu, Faria nie mylił się co do mnie. Codziennie dziękuję za to Bogu i jemu, oczywiście. Bogu za to, że obdarzył księdza tak wielką mądrością, a Farii za to, iż umiał ją właściwe wykorzystać, aby mi pomóc.







A zatem to dzięki sędziwemu współwięźniowi, Dantes stał się wielkim panem i bogaczem, odnajdując skarb, o którym mu powiedział. Wielki i niezwykle szlachetny człowiek był z tego księdza, a do tego bardzo wykształcony, skoro znał się tak dobrze na nauce ścisłej, że potrafił przygotowywać mikstury. Dantes zaś musiał być bardzo zdolny i pojętny, skoro udało mu się tego wszystkiego nauczyć i posiąść całą wiedzę przekazaną przez księdza. Szkoda tylko, że musiał umrzeć, nie ujrzawszy światła dziennego, bo niewykluczone, iż udałoby im się wykopać tunel i przedostać na wolność. No i należy mieć na uwadze również to, że obecność księdza powstrzymała hrabiego od postradania zmysłów, bo z całą pewnością, by go to spotkało, gdyby został skazany na całkowitą samotność. Poza tym, gdyby nie ksiądz, on sam nigdy nie wydostałby się z więzienia, tak że praktycznie całe swoje życie zasługuje wyłącznie jemu, bo gdyby nie on dalej tkwiłby w więzieniu, pozbawiony wszelkich perspektyw na odmianę swojego losu.
OdpowiedzUsuńBiedny Edmund, jego los najlepiej dowodzi prawdziwości powiedzenia, że jak nie zainteresujesz się polityką, to polityka zainteresuje tobą.
OdpowiedzUsuńJednak jeśli można tak powiedzieć, to miał też trochę szczęścia i poznał w wiezieniu prawdziwego przyjaciela, księdza Farię.
Ciekawa jest postać księdza, który mimo stanu duchownego jest prawdziwym dzieckiem swojej epoki oświecenia i ceni najbardziej wiedzę oraz mądrość.
Prawdziwy paradoks, że śmierć księdza dała Edmundowi wolność.
Edmund Dantes umarł, niech żyje hrabia Monte Christo.
Co będzie dalej?