sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 58

Rozdział LVIII

Opowieść hrabiego Monte Christo cz. III - Przemytnicy i skarb


Ostatnim razem opowiedziałem panu, panie Chroniqueur, o tym, jak wyglądał mój pobyt w zamku If, a także i o tym, jak poznałem człowieka, który na zawsze odmienił moje życie. Wspominałem również o szczegółach mojej pomysłowej ucieczki z więzienia po czternastu latach niezasłużonego w nim pobytu. Jeśli moja opowieść pana wciągnęła, to zapraszam na jej dalszy ciąg.
Gdy już strażnicy wrzucili mnie do morza, to zorientowałem się, że to właśnie ono jest cmentarzem zamku If. Obciążony ciężką kulą armatnią przywiązaną do moich nóg, szedłem na dno jak kamień. Nie straciłem jednak zimnej krwi. Dobrze wiedziałem, że za wszelką cenę muszę się wydostać z pułapki w jaką wpadłem, bo inaczej będzie po mnie. Miałem pod ręką nóż księdza Farii, dlatego też szybko go użyłem, aby rozciąć moje węzły i uwolnić się od tej okropnej kuli, która ciągnęła mnie na dno morza. Kiedy wreszcie udało mi się to zrobić, to wypłynąłem na powierzchnię i dziko nabrałem powietrza w płuca. Po raz pierwszy od czternastu lat uczyniłem to jako wolny człowiek. Nie umiem nawet opisać tej radości, jaka mi wtedy towarzyszyła. Byłem wolny! Nareszcie wolny! Edmund Dantes nareszcie odzyskał wolność.
Szybko jednak zrozumiałem przykry dla mnie fakt, że jeżeli natychmiast nie opuszczę miejsca, w którym się znajduję, to równie szybko tę wolność utracę, co ją zyskałem. Dlatego też natychmiast zacząłem płynąć przed siebie. Spieszyłem się, gdyż strażnicy pewnie usłyszeli krzyk, który tak nieopatrznie z siebie wydałem podczas upadku z murów. Z całą pewnością go usłyszeli, chociaż wówczas wciąż się łudziłem fałszywą nadzieją, że może tak się nie stało, ale rozsądek mówił mi co innego. Nakazywał mi jak najszybciej płynąć przed siebie w stronę najbliższego lądu. Wiedziałem, że nawet jeśli strażnicy nie usłyszeli mojego krzyku, to już na pewno rano podczas rozdawania posiłków zorientują się, że nie ma mnie w mojej celi. Oczywiście mogli pomyśleć, iż utonąłem podczas próby ucieczki, ale równie dobrze ich wnioski mogłyby być też zupełnie inne. Wszystko to musiałem brać pod uwagę w swoich rozważaniach.
Dlatego też ruszyłem w drogę i zacząłem płynąć przed siebie, ile sił w rękach. Płynąłem i płynąłem, jednakże moja droga wcale nie zbliżała się do końca, a wręcz przeciwnie. Wszystko wskazywało na to, że utonę na pełnym morzu, choć tak szczerze mówiąc, to wolałbym już to, niż wrócić do zamku If. Kiedy już myślałem, że nie ma dla mnie żadnej nadziei, ujrzałem przed sobą ląd. Z trudem, bo z trudem, ale udało mi się do niego dotrzeć. Była to mała wysepka, której nazwa niestety wyleciała mi z głowy. Ona to właśnie ocaliła moje życie, gdyż z całą pewnością utraciłbym je, gdyby nie udało mi się na ten zbawienny ląd jakoś dotrzeć. Tam też wypocząłem i powoli odzyskałem siły. W międzyczasie jednak na morzu rozpętał się sztorm. Byłem mimowolnym świadkiem zatonięcia pewnego okrętu wraz z całą jego załogą. Widok ten powalił mnie na łopatki swoją grozą i okrucieństwem. Był tak potworny, iż ten, kto go nigdy nie widział na oczy, nie jest w stanie go sobie w pełni wyobrazić. Na szczęście szybko on minął, bo inaczej bym chyba zwariował, gdybym musiał dłużej na niego patrzeć.
Zmęczony pływaniem, jak i również oglądaniem katastrofy statku, padłem na piasek i usnąłem. Gdy się ocknąłem, to było już po wszystkim, a po wczorajszym sztormie zostały zaledwie nikłe ślady. Ja zaś poczułem, jak we wszystkie moje członki wchodzi powoli nowe życie. Byłem wówczas gotów zmierzyć się nawet z całym światem, jeśli tylko zaszłaby taka potrzeba. Na szczęście nie zaistniała ona. Musiałem za to spojrzeć prawdzie w oczy. Znajdowałem się na jakieś samotnej wysepce pozbawiony jakichkolwiek szans na to, że zostanę odnaleziony przez kogoś, komu bym mógł zaufać. Dlatego też ze szczątków rozbitego wczoraj okrętu zbudowałem tratwę i na niej ruszyłem przed siebie, mając nadzieję, iż ktoś mnie odnajdzie. Los się do mnie uśmiechnął, ponieważ dość szybko trafiłem na statek o nazwie „Panna Amelia”. Uradowany dałem więc mu znać o sobie, dzięki czemu zostałem zabrany na jego pokład. Załodze tego oto zbawiennego dla mnie okrętu powiedziałem, że jestem rozbitkiem ze statku, którego straszną katastrofę wczoraj obserwowałem. Słowom moim jednak zaprzeczał mój wygląd: łachmany, długie włosy, a prócz tego jeszcze gęsta broda. Ich obecność wytłumaczyłem załodze tym, iż jestem biedny oraz tym, że złożyłem śluby niegolenia się przez pewien czas. Oczywiście kłamstwo to było szyte bardzo grubymi nićmi i załoga nie uwierzyła mi, tym bardziej, iż usłyszała wystrzał armatni z zamku If, który zawsze oznaczał ucieczkę jakiegoś więźnia. A więc strażnicy wiedzieli już o moim zniknięciu. Bałem się, że moi wybawcy z miejsca wydadzą mnie najbliższemu patrolowi, jednak szybko pojąłem, jak bardzo się wobec nich myliłem. Ludzie, którzy mnie ocaleli, okazali się być przemytnikami i tym chętniej zaoferowali mi swoją pomoc, przyjmując mnie do swej bandy. Nadali mi przydomek Zattara, co po włosku miało oznaczać „tratwę”, czy też „dryfującą kłodę”. Przydomek mój był włoski, gdyż tak się złożyło, że większość załogantów z „Panny Amelii” to byli Włosi. Dość szybko ten przydomek stał się moim drugim imieniem, które używałem z przyjemnością, lecz od czasu do czasu tęskniąc za swoim prawdziwym nazwiskiem, o którym na długi czas musiałem jednak zapomnieć.
Tak oto właśnie z marynarza stałem się więźniem, zaś z więźnia stałem się przemytnikiem. A jak z przemytnika stałem się hrabią de Monte Christo, o tym opowiem później. Na razie dodać muszę, iż z radością zgodziłem się na propozycję moich wybawców i przystałem do nich. W najbliższym zaś mieście poszedłem do balwierza, u którego zgoliłem sobie u niego brodę i skróciłem włosy. Nareszcie poczułem się naprawdę wolny. Resztki zamku If zniknęły ze mnie bezpowrotnie i mogłem rozpocząć nowe życie.

 
Przystąpiwszy do przemytników ze statku „Panna Amelia”, szybko zacząłem jednocześnie brać udział w akcjach, które organizowała jej załoga. Zwykle były one przyjemne i pozbawione większego ryzyka, jednak niektóre z nich okazały się być mrożącymi krew w żyłach groźnymi sytuacjami. Pewnego razu doszło wręcz do ostrej walki pomiędzy nami a celnikami. Potyczkę tę, rzecz jasna, wygraliśmy, jednakże podczas tej strzelaniny otrzymałem postrzał w ramię i musiałem przez kilkanaście dni powoli dochodzić do siebie. Paradoksalnie wydarzenie to sprawiło, iż znalazłem prawdziwego przyjaciela, na którego to, jak dotąd, zawsze mogłem liczyć. Był to młody Włoch o imieniu Jacopo. Kula, która mnie zraniła, była przeznaczona dla niego, a ja uratowałem mu życie, zasłaniając go własnym ciałem. Dlatego też Jacopo uznał, iż odtąd ja i on jesteśmy już na zawsze ze sobą połączeni i zostaliśmy przyjaciółmi.
Och, cóż to była za cudowna chwila! Jednego dnia zyskałem szacunek wśród załogi oraz szczerego, prawdziwego przyjaciela. Czułem powoli, że wracam do życia, chociaż wciąż daleko mi jeszcze było do chwili, w której pełni zaufałem swoim kompanom. Nie czułem się też jeszcze na siłach do tego, aby zrealizować marzenie księdza Farii i wydobyć skarb z wyspy Monte Christo. Wciąż czułem, że należy się z tym wstrzymać.
Aż w końcu, pewnego pięknego dnia, „Panna Amelia” zawitała u brzegów interesującej mnie wyspy. Okazało się bowiem, iż Monte Christo była od czasu do czasu tymczasową bazą wypadową moich przemytników, a prócz tego doskonałym miejscem na przechowywanie łupów. Kilkakrotnie już znajdowaliśmy się w jej pobliżu i miałem wówczas możliwość oddzielania się od załogi oraz wydobycia skarbu, ale nie skorzystałem z niej. Czułem, iż jeszcze nie nadszedł na to czas, lecz tego właśnie dnia pojąłem, iż ten czas już nadszedł. Musiałem wreszcie wydobyć skarb i wypełnić przysięgę daną księdzu Farii, że wykorzystam go dla czynienia dobra oraz sprawiedliwości. Zwłaszcza sprawiedliwości, która z dobrem jest jak najbardziej tożsama. Bo czyż ukaranie Danglarsa, Mondego i Villeforta za to, co mi uczynili nie byłoby z gruntu rzeczy jak najbardziej słuszne oraz dobre? Czyż to nie zło pozwalać takim ścierwom chodzić po tym świecie bez należnej im kary za ich zbrodnie? Gdybym im odpuścił i okazał litość, to nigdy bym nie mógł spojrzeć w swoje odbicie bez wstydu. Bo jakże to? Oni mnie zniszczyli, a ja mam ich nie ukarać? Toż to dopiero byłoby ogromną wręcz zachętą dla wszystkich nędzników, którzy by zechcieli brać z nich przykład. Zrozumieliby oni wtedy, że zbrodnia jak najbardziej popłaca, zaś sprawiedliwości na tym świecie nie ma i nigdy nie było. Jeżeli jeden zbrodniarz nie poniesie kary za swoje występki, to pozostali również poczują się bezkarni, zaczną jeszcze bardziej szaleć i zniszczą jeszcze więcej ludzi. Nie ma zatem litości dla nędzników! Nie ma i nie powinno jej nigdy być, a już zwłaszcza dla zdrajców, albowiem zdrajcy to jest najgorszy rodzaj winowajców. W najsłynniejszym dziele Dantego Judasz razem z Brutusem i Kasjuszem gniją w pierwszym i najokrutniejszym kręgu piekła. Uznałem więc, że należy posłać im trzech współlokatorów, z których to jeden zdradził swojego kompana z załogi dla nędznego stanowiska, drugi zdradził pierwszy raz na oczy widzianego człowieka dla zdobycia kobiety, a trzeci zdradził niewinnego obywatela oraz jego prawa dla ratowania swojej nędznej kariery. Oni wszyscy musieli za to zapłacić. Musieli, aby sprawiedliwości stało się zadość. A skarb z wyspy Monte Christo miał mi w tym pomóc. Przynajmniej miałem nadzieję, że tak się stanie.
Gwoli ścisłości przyznać muszę, iż wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, w jaki sposób zniszczę swych wrogów. Nie wiedziałem w jaki sposób się za to zabrać. Pojmowałem jedynie fakt, że muszę jakoś tego dokonać, inaczej nigdy nie zdołam spojrzeć w oczy sobie ani wszystkim ludziom, którzy w podobny jak ja sposób zostali zniszczeni ze zwykłej zazdrości oraz chciwości przez ludzi, od których ciosu nigdy by się nie spodziewali. Prawdę mówiąc, to wtedy myślałem przede wszystkim o własnej zemście, jak również o krzywdzie, która to mnie spotkała. Chęć pomszczenia przy okazji innych pokrzywdzonych przez nich ludzi przyszła mi do głowy dopiero z czasem. Wówczas jednak, jak chyba każdy człek na moim miejscu, ogarnięty byłem jedynie dość egoistyczną chęcią pomsty na nich jedynie za własne krzywdy. Szlachetniejsze w tym zakresie pobudki narodziły się we mnie dopiero później.


Wracając jednak do mojej opowieści, muszę zauważyć, że obawiałem się wydobywać skarb wyspy Monte Christo w obecności swoich kompanów z „Panny Amelii” Nie mówiłem im jak dotąd nic o sobie, a oni nie zadawali zbędnych pytań, co mnie bardzo cieszyło. Mimo wszystko obawiałem się powiedzieć cokolwiek o moim skarbie tym ludziom, z którymi pływałem w kontrabandzie. Nie żebym im nie ufał lub też podejrzewał ich o jakieś złe zamiary wobec mnie. Nikt z nich, a już na pewno nie Jacopo, nie mógłby chcieć skrzywdzić swego druha, choćby pływał z nim dopiero od wczoraj. Dlatego też wiedziałem, że od nich mogę się spodziewać jedynie wszystkiego dobrego. Nie obawiałem się więc ze strony moich kompanów zdrady. Jedyne, co napawało mnie lękiem, to ich dość lekkomyślny tryb życia. Oni zarabiali co nieco na swoich wyprawach, po czym wszystko przepuszczali w domach publicznych i karczmach. Następnie ruszali na kolejną wyprawę, po której realizacji robili dokładnie to samo, co robili po zakończeniu poprzednich i tak w kółko bez końca. Nie chciałem, aby moje życie tak wyglądało ani nie pragnąłem, żeby mój skarb, który to miał mi posłużyć do realizacji wyższych celów, został przepuszczony na alkohol oraz kobiety lekkich obyczajów. Oczywiście wydanie w takich przybytkach tak wielkiego skarbu musiałoby zająć sporo czasu, ale przecież nie oznaczało to, że było to niemożliwe. Dlatego też mój lęk był jak najbardziej uzasadniony. Gdybym tak wydobył skarb w obecności moich kompanów, to wtedy, zgodnie z prawem obyczajowym, musiałbym się tym całym bogactwem z nimi wszystkimi podzielić, sobie zostawiając jedynie jego niewielką część, za którą na pewno nie zdołałbym zrealizować mojej zemsty. No, a poza tym złoto potrafiło już odebrać rozum nawet najbardziej lojalnym kompanom, więc choć ufałem moim przemytnikom, to jednak i tak wolałem obudzić się bez noża wbitego pomiędzy moje żebra.
Biorąc więc to wszystko pod uwagę, musiałem wymyślić skuteczny plan, który odsunie daleko ode mnie wszelkie ryzyko i pozwoli mi samemu skorzystać ze skarbu kardynała Spady. Dość szybko udało mi się wymyślić dokładny plan działania. Podczas postoju na wyspie Monte Christo, udałem się zapolować na kozice. Wracając z tego rzekomego polowania celowo poślizgnąłem się na skale i zleciałem z niewielkiej wysokości w dół. Nic mi się nie stało, jednak skutecznie udawałem, iż skręciłem sobie nogę do tego stopnia, że nie byłem w stanie się podnieść, zaś wszelkie poruszenie mojej osoby wywoływało we mnie ogromny ból. Moi kompani bardzo szybko zdali sobie sprawę z tego, że jeśli chcą wypłynąć na wyprawę, to muszą ruszyć na nią beze mnie albo nie wyruszać wcale. Jakoś namówiłem ich, aby wybrali oni tę pierwszą możliwość. Muszę im tutaj oddać sprawiedliwość, iż nie zgodzili się na to zbyt łatwo, ponieważ lojalność wobec mnie była dla nich o wiele większa aniżeli chęć zdobycia zarobku. Do tego Jacopo zaproponował mi, że pozostanie ze mną na wyspie, rezygnując w ten sposób z własnego udziału w zyskach. Wzruszyło mnie to bardzo, ale musiałem zrealizować swój plan i z trudem przekonałem wszystkich moich kompanów, aby wyruszyli na wyprawę sami, pozostawiając mi jedynie na wyspie nieco zapasów jedzenia oraz broń z amunicją, a wrócili po mnie tydzień później, gdy już ich wyprawa zostanie ukończona. Po dość długich negocjacjach zgodzili się na moją prośbą i odpłynęli. Ledwie tylko zniknęli za horyzontem, a ja natychmiast cudownie „ozdrowiałem”, niczym te rzekome kaleki z Placu Cudów i zabrałem się za poszukiwania skarbu wyspy Monte Christo. Było to niezwykle trudne oraz dość żmudne pomimo tego, iż wciąż miałem w pamięci dokładnie zapisane wszystkie niezbędne wskazówki od księdza Farii. W końcu jednak moje poszukiwania zostały uwieńczone sukcesem, a ja znalazłem wreszcie skarb zamurowany w ścianie jednej z grot. Była to piękna skrzynia podzielona w środku na trzy spore przegrody. Pierwsza napełniona była złotymi dukatami, druga sztabami złota, a trzecia maleńkimi diamentami, z których każdy wart był kilka lub kilkanaście tysięcy. Skarb kardynała Spady był więc mój. Z radością uklęknąłem przed skrzynią i podziękowałem głośno Bogu, a także i miłosiernemu więźniowi numer 29 z zamku If, dzięki którym stałem się bogaczem oraz zyskałem możliwość pomszczenia wszystkich moich krzywd.
Doskonale wiedziałem, iż nie zdołam od razu wynieść całego skarbu z wyspy. Dlatego też szybko zapakowałem sobie do kieszeni jedynie co nieco diamentów i wróciłem na plażę, aby czekać na „Pannę Amelię”. Wkrótce jej zarys ukazał się na horyzoncie. Moi kompani zgodnie z tym, co mi obiecali, wrócili po mnie, od razu wypytując o moje zdrowie, jak również opowiadając o tym, jak im poszło. Jacopo szczególnie narzekał na to, iż ominęły mnie niezłe zyski. Nie miałem sumienia mu powiedzieć, że to, co zyskałem, zostając na Monte Christo było znacznie więcej warte niż ich roczne dochody razem wzięte. Dlatego połączyłem się z nimi w żalu, po czym wróciłem razem z nimi do Leghorn. Tam sprzedałem diamenty i to za cztery tysiące franków za każdy. Następnie zaś opuściłem załogę „Panny Amelii”, wynagrodziwszy ich wcześniej hojnie za to, co dla mnie zrobili. Część z nich, łącznie z samym kapitanem, zaraz po otrzymaniu ode mnie dość sporej sumki, natychmiast porzuciła przemyt i zajęła się uczciwym życiem, pozostali zaś oddali się pod komendę Jacopa, któremu to zakupiłem piękny statek. Jacopo natychmiast przyjął na niego jako załogę dawnych kompanów oraz kilku nowych ludzi, po czym wszyscy razem oświadczyli, że mogę im śmiało rozkazywać, gdyż jestem ich panem. Ja odpowiedziałem im, iż chcę od nich jedynie prawdziwej przyjaźni, nie zaś posłuszeństwa, jednak Jacopo uznał mnie wszem i wobec za swojego kompana oraz dowódcę jednocześnie. Nie chciałem go ranić, więc uszanowałem jego wolę. Czas pokazał, iż przyjaźń tego szlachetnego Włocha i jego załogi miała znacznie większą wartość od całego złota świata.
Ponieważ Jacopo oświadczył, iż jest dla mnie gotów uczynić wszystko i w razie potrzeby zawsze mi pomoże, to z miejsca postanowiłem skorzystać z jego szlachetności. Poprosiłem go, żeby popłynął do Marsylii i dowiedział się czegoś na temat losów Ludwika Dantesa oraz Mercedes Herrera. Ja przez ten czas wyrobiłem sobie paszport na nazwisko lorda de Wilmore, a prócz tego kupiłem niewielki jacht z tajnym pomieszczeniem, w którym ukryłem moją skrzynię ze skarbem. Niestety wieści, jakie przyniósł mi Jacopo, nie były dla mnie pomyślne. Mój ojciec nie żył, zaś narzeczona zniknęła i nikt nie wiedział, co się z nią stało. Postanowiłem sam zbadać tę sprawę. Mój drogi przyjaciel oświadczył, że tam, gdzie wyruszam ja, tam pójdzie i on, dlatego też muszę zaakceptować jego obecność podczas podróży. Z początku nie chciałem się na to zgodzić, ale widząc, iż mogę zawsze na nim polegać, uszanowałem jego decyzję i nasze oba okręty ruszyły w stronę Marsylii.
Wiedziałem wtedy, że jest tylko jedna osoba, od której mogę się dowiedzieć, co działo się w mych rodzinnych stronach przez czternaście lat mojego uwięzienia. Tą osobą był człowiek tak uwielbiający plotki, że wręcz nimi żył. Człowiek, który nigdy nie kochał nikogo ani niczego poza pieniędzmi i alkoholem. Nazywał się on Kacper Caderousse. Ale wydobycie od niego informacji wymagało użycia sprytu i podstępu. Ja jednak miałem już pewien plan działania.
A jaki to był plan i co z niego wyszło, opowiem panu następnym razem, panie Chroniquer.

2 komentarze:

  1. Hrabia miał naprawdę wielkie szczęście, że natknął się na tych przemytników i że okazali się oni szlachetnymi i lojalnymi ludźmi, mimo tego, iż zeszli na złą drogę i co więcej w końcu poznał prawdziwego, szczerego i oddanego przyjaciela, który naprawdę potrafił okazać swą wdzięczność i przywiązanie po uratowaniu mu życia. Hrabia miał więc na kim polegać i w kim pokładać zaufanie. Choć był ostrożny i nieufny, to jednak ostatecznie zaufał Jacopowi i jego kompanom, skoro pozwolił im na to, by towarzyszyli mu w jego podróży, bo okazali się być ludźmi naprawdę godnymi zaufania.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudownie poczuć smak wolności, która została niesłusznie i okrutnie odebrana.
    Przemytnicy uznali Edmunda za swojego i nie zadawali zbędnych pytań.
    Cierpliwość ma gorzki smak, ale przynosi słodkie owoce. Zemsta zaś jest rozkoszą bogów.
    Podoba mnie przydomek Zattara, nawiązanie do filmu. Bardzo ładne zdjęcia wkleiłeś. Chętnie bym weszła do głowy Edmunda i poznała jego drobiazgowy plan, ale muszę poczekać do następnego odcinka.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...