sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 60

Rozdział LX

Opowieść hrabiego Monte Christo cz. V - Przygotowania do zemsty


Ostatnim razem opowiedziałem panu o tym, w jakiż to sposób dowiedziałem się wszystkiego na temat moich wrogów i to, jaką rolę odegrali w zniszczeniu mej osoby. Dowiedział się pan również o tym, jaką nagrodę odebrali ode mnie Kacper Caderousse i Piotr Morrel. Teraz pora, aby dowiedział się pan o tym, jak stałem się hrabią Monte Christo.
Na samym początku tej części mej opowieści pragnę panu powiedzieć, panie Chroniqueur, że w chwili, w której ruszałem w świat, nie miałem żadnego planu działania. Żadnego, nawet najmniejszego. Nagrodziłem ludzi, którzy ofiarowali mi swą pomoc, a teraz przyszła pora na to, aby ukarać tych trzech łajdaków, którzy zadali mi cierpienie i zniszczyli mi życie. Z jasnego anioła dobroci oraz litości w jednej chwili oto przeistoczyłem się w mrocznego anioła sprawiedliwości, który niczym Nemezis spadnie na głowy winowajców, ale nie wiedziałem w jaki sposób to zrobić. Musiałem tego dokonać w sposób bardzo efektowny, ale też i skuteczny. Ciosy zadane moim wrogom musiały być wymierzone tak skutecznie, żeby nie zdołali się oni po nich podnieść. Dlatego też ledwo brzegi ukochanej Marsylii zniknęły za horyzontem mego statku, natychmiast zacząłem się zastanawiać, jak to zrobić.
Jednego wszak byłem wtedy całkowicie pewien. Nie chciałem zabijać moich wrogów. Gdybym tylko tego pragnął, to Jacopo z łatwością odnalazłby Danglarsa, Mondego i Villeforta, po czym za pomocą odpowiednich ludzi usunąłby ich z tego padołu łez. Możliwość ta była chwilami naprawdę kusząca, ale szybko uznałem ją za zbyt prostacką. Tak mógłby się mścić Edmund Dantes sprzed roku 1815. Ten nowy Dantes z 1829 roku miał już inne pragnienia, inne priorytety, jak też i inne oczekiwania od życia. Inna zatem musiała być także i jego zemsta. Postanowiłem odebrać moim wrogom nieuczciwie zdobyte majątki i dobre imię, które posiadali tylko dzięki mojej krzywdzie. Publiczne ośmieszenie równoznaczne było dla nich ze śmiercią, dlatego właśnie taką karę dla nich wyznaczyłem. Oni trzej odebrali mi wszystko, co było dla mnie najważniejsze, więc ja postanowiłem odpłacić się im tym samym. Oko za oko, ząb za ząb. Czarka za czarkę i miarka za miarkę. Wciąż jednak zastanawiałem się nad wszelkimi sposobami, jakimi mógłbym zrealizować moją wyrafinowaną zemstę.
Pierwszą metodą, która przyszła mi wówczas do głowy, było zrehabilitowanie Edmunda Dantesa na drodze sądowej oraz całkowicie legalnej. Taką oto metodą mógłbym skutecznie udowodnić winę moich wrogów i posłać ich za kratki, szybko jednak z niej zrezygnowałem, uznawszy prędko, że jest ona raczej niemożliwa do zrealizowania. Wiedziałem dobrze, iż jeżeli bym się chciał publicznie oczyścić ze wszystkich zarzutów, to nie mógłbym tego zrobić pod prawdziwym nazwiskiem. Pamiętałem przecież, iż wciąż byłem poszukiwanym zbiegłym więźniem z zamku If. No, może nie tak zupełnie mnie szukano, bo w końcu strażnicy mieli mnie za zmarłego. Sądzili, że kiedy przywiąże się człowiekowi kulę armatnią do nogi i wrzuci się go do morza, to posiada się pewność, iż taka metoda posłała delikwenta na tamten świat. Rzeczywiście, mieliby rację, gdyby nie to, że miałem przy sobie nóż, którym uwolniłem się z ciągnącego mnie na sam dół ciężaru. Tak więc mogłem swobodnie chodzić po świecie, ponieważ dla niego Edmund Dantes, więzień numer 34, zginął w trakcie próby ucieczki, jednak gdybym się ujawnił jako on, to z całą pewnością powróciłbym do zamku If, czego nie chciałem. Oczywiście mógłbym wnieść pozew o oczyszczenie mojego biednego nazwiska z niesłusznych oskarżeń jako krewny lub też dobry przyjaciel śp. Edmunda Dantesa, ale to by mogło wzbudzić podejrzenia moich wrogów, którzy z kolei natychmiast zainteresowaliby się mą osobą, co tylko by mi zaszkodziło, dlatego też metoda ta bardzo szybko została przeze mnie odrzucona. Poza tym proces sądowy z racji swojej przeciągnąłby się nieco, a moi wrogowie zdążyliby skutecznie przygotować się do obrony przeciwko mnie.


Ta metoda musiała zostać więc przeze mnie zaraz odrzucona. Dawanie moim wrogom czasu, aby mogli się przede mną obronić, było bardzo naiwne, żeby nie powiedzieć wręcz „głupie”. Przecież Danglars, Mondego i Villefort powinni być zaskoczeni moim atakiem. Powinien on spaść na ich głowy znienacka, odbierając im jednocześnie ludzki szacunek i zaufanie, na które wcale sobie nie zasłużyli. Tylko czy sprawa Edmunda Dantesa mogłaby zadać moim wrogom aż tak wielką szkodę? Wątpiłem w to bardzo, dlatego poradziłem się Jacopa. Po raz kolejny wykazał się on zdrowym rozsądkiem, jak również i umiejętnością logicznego rozumowania. Stwierdził, że cios pięścią jest zawsze znacznie mocniejszy, kiedy do tej pięści dołoży się jeszcze jakiś kamień. Dlatego też najlepiej będzie przed uderzeniem moich wrogów zaopatrzyć się w coś, co spotęguję siłę ciosu. Inaczej mówiąc, jeżeli chcę ich skutecznie pozbawić wszystkiego, co zdobyli na mojej krzywdzie, to muszę mieć przeciwko nim coś więcej niż tylko zbrodnię popełnioną na osobie Edmunda Dantesa. Musiałem wytoczyć ciężką artylerię, aby skruszyć ciężkie mury ich obrony.
Od tego czasu wszelkie moje dalsze działania zaczęły zmierzać w kierunku zdobywania informacji na temat moich trzech wrogów. Musiałem wiedzieć o nich dosłownie wszystko, nawet jaką bieliznę na sobie noszą. Tylko taką drogą byłem w stanie cokolwiek osiągnąć. Jeżeli chcesz, mój zacny przyjacielu, zniszczyć mury nieprzyjacielskiej twierdzy, to musisz te mury doskonale poznać, żeby potem móc wynaleźć w nich słaby punkt i potem z całą mocą w niego uderzyć. Tak właśnie ja zrobiłem.
Moja podróż po wielkim świecie trwała całe dziewięć lat. Co w tym czasie widziałem i przeszedłem, jakie przygody przeżyłem, długo by tutaj opowiadać. Nawet rok, to by było za mało, abyś pan się zdążył z nimi wszystkimi zapoznać. Dlatego też pozwolę sobie poprzestać jedynie na tym, co miało tak naprawdę znaczenie w moich przygotowaniach do zemsty.
Na sam wpierw podjąłem się zadania zdobycia sobie nowej tożsamości. Paszport na lorda de Wilmore miał mi służyć jedynie tymczasowo. Poza tym ten wyniosły i zarozumiały Anglik nie był postacią, którą chciałem zostać. Podobnie również jak ksiądz Busoni, choć jego postać mogła mi się jeszcze przydać. Nie mogłem jednak działać jako on, ponieważ z natury rzeczy ten dobroduszny i ubogi mnich nie mógł zdziałać zbyt wiele, choć na pewno był bardzo użyteczny do odpowiedniego wydobycia informacji od bogobojnych ludzi. Również Sindbad Żeglarz nie mógł działać na świecie legalnie i oficjalnie. Był to wszak jedynie tajemniczy przywódca grupy włoskich przemytników, którymi dowodził oddany mi bezgranicznie Jacopo. Te oto trzy tożsamości postanowiłem sobie zachować i korzystać z nich wtedy, kiedy okaże się to konieczne, jednak wciąż potrzebowałem jeszcze czwartej postaci, żeby pod jej nazwiskiem móc zacząć swobodnie działać. Jej poszukiwania trwały jakiś czas, w końcu jednak z pomocą Jacopa odnalazłem pewnego Włocha nazwiskiem Zaccone. Miał on brata imieniem Mario, który już dawno temu zaginął na morzu. Za odpowiednią cenę chętnie zgodził się on na to, abym przybrał nazwisko Mario Zaccone i podawał się za jego brata. Oczywiście byłem bardzo bogaty, czego nie dało się w żaden sposób ukryć, jednakże i na to znaleźliśmy z Jacopem rozwiązanie. Zaginiony na morzu podczas sztormu brat mego nowego znajomego był żeglarzem. Równie dobrze mógł podczas jednej ze swych wypraw trafić do Indii lub też innego orientalnego kraju, gdzie dla ludzi o odpowiednich aspiracjach i zdolnościach dość łatwe było zdobycie bogactwa. Taką właśnie biografię sobie wymyśliłem, po czym jako Mario Zaccone wyruszyłem w świat.

 
Ponieważ jednak byłem teraz bogaczem, to postanowiłem dodać do mojego nazwiska tytuł arystokratyczny. Doradził mi to Jacopo, który uznał, iż tylko wielcy panowie na tym świecie się liczą. Poza tym słusznie zauważył, że moi wrogowie od jakiegoś czasu obracają się już pośród największych elit francuskiej śmietanki towarzyskiej, dlatego też, jeśli chciałem ich zniszczyć, to musiałem przybrać ich barwne ciuszki, żeby w ten sposób łatwiej wejść pomiędzy nich. Jacopo słusznie zwrócił mi uwagę na to, że przecież nawet lis podstępem wchodzi do kurnika, aby zadusić kury. Ja więc powinienem być równie chytry, jeżeli nie od lisa chytrzejszy i sprawić, iż moje ofiary same mnie wpuszczą do kurnika. A pan Zaccone, nawet bogaty, miał na salony dostęp zamknięty. Gdyby jednak został hrabią, to wtedy cała sprawa wyglądałaby już dla mnie zupełnie inaczej, znacznie lepiej. Udałem się więc do odpowiedniego człowieka i nabyłem u niego tytuł hrabiowski. Jednak, jak wiadomo, sam tytuł nie wystarczy. Nie mogłem być hrabią bez jakiejkolwiek ziemi, od której to mógłbym wziąć nazwisko. Kupiłem zatem za sporą sumkę również wyspę Monte Christo i zostałem jej panem. Tak oto właśnie narodził się hrabia Monte Christo.
Gdy już zostałem arystokratą, to natychmiast wyruszyłem z Jacopo w drogę na poszukiwanie wiadomości o wszystkich moich przeciwnikach. O Danglarsie zdobywałem wieści w Hiszpanii, gdzie robił on swego czasu jakieś interesy. Tam też dowiedziałem się co nieco o Fernandzie Mondego. Z kolei zaś o Gerardzie de Villeforcie nie mogłem poznać żadnych rewelacji. Czysty i wręcz nieskalany żadną zbrodnią ani też najmniejszym nawet grzechem człowiek. Niemalże posąg ze spiżu, a nie mężczyzna. Musiał mieć coś na sumieniu, byłem tego pewien, jednak nie mogłem się tego doszukać. Na razie zdobywałem jedynie kolejne wiadomości na temat Fernanda Mondego. Było to w Turcji, gdzie zatrzymałem się w pałacu samego sułtana. Opowiedział mi on o tym, jak to podczas powstania Greków przeciwko Turkom o niepodległość, jego wierny sługa, jego wezyr Ali Pasza z Tepeleny, znany też jako Ali Tebelin, stanął po stronie buntowników. Sułtan jednak bardzo okrutnie ukarał nielojalnego poddanego. Zdobył jego zamek znajdujący się na wyspie Janina, zaś samego wezyra pozbawił życia. Kara nie ominęła jednak również bliskich Ali Paszy. Jego umiłowana kobieta Wasilika oraz mała córeczka imieniem Hayde zostały sprzedane sułtanowi w niewolę. Starsza z kobiet zmarła jakiś czas później, a młodsza była przygotowywana do życia w haremie.
Zapewne dziwi się pan, mój panie Chroniqueur, dlaczego przytaczam panu tę historię. Przecież nie ma ona nic wspólnego ze mną i z moimi wrogami. No cóż, mnie też się tak wydawało do czasu, kiedy sułtan wspomniał mi o tym, iż Ali Pasza nigdy by nie wpadł w jego ręce, gdyby nie podła zdrada jednego z jego oficerów, pewnego najemnika pochodzenia francuskiego o imieniu Fernand. Nie muszę panu chyba mówić, że z miejsca zainteresowałem się tym oto panem. Byłem ciekaw, czy jest to może mój wróg osobisty, czy też może ktoś zupełnie mi obcy. Po dłuższej rozmowie z sułtanem oraz samą Hayde wszelkie wątpliwości rozwiały się. Fernand Mondego nie tylko wydał na śmierć Ali Paszę, ale także osobiście go zamordował i sprzedał jego rodzinę w niewolę, co potwierdzał akt sprzedaży, który wydobyłem od handlarza niewolników El Kobbira. Kupiłem więc Hayde od sułtana obiecując jej, że ukarzę nędznika, który zniszczył jej życie. Ochoczo zgodziła mi się w tym pomóc.

 
Po tej przygodzie powróciłem do Europy, wcześniej jednak wykupiłem z rąk mojego drogiego gospodarza jeszcze jedną osobę. Był to czarnoskóry Maur imieniem Ali. Został on skazany na obcięcie języka, ręki i głowy za to, że miał czelność wejść do haremu sułtana i miał ponoć nawet romans z jedną z jego licznych żon. Zrobiło mi się bardzo żal tego biedaka, dlatego poprosiłem mego gospodarza, aby darował mu winę obiecując mu w zamian sporą sumkę. Najpierw odmówił, po czym obcięto Alemu język. Ponowiłem więc swoją prośbę i podwoiłem sumę. Sułtan jednak nie chciał pieniędzy, był za to łasy na drogie kamienie. Już za jeden z nich wykupiłem Hayde, więc teraz zaproponowałem mu drugi. Znów mi odmówił, choć miał pewne wątpliwości, czy postępuje słusznie. Gdy już miano obciąć Alemu dłoń, to nagle sułtan oznajmił mi, iż bardzo mu się podoba strzelba, której używałem podczas naszego ostatniego polowania i gdyby tylko ją otrzymał, to mógłby rozważyć moją prośbę. Dałem mu więc strzelbę, a prócz tego dołożyłem do tego piękny nóż ze złoconą rękojeścią, wysadzaną drogimi kamieniami. To poskutkowało i sułtan zgodził się uwolnić Alego. Biedak stracił co prawda język, ale za to ocalił rękę oraz głowę, że już nie wspomnę o życiu. Stał się moim wiernym sługą, czego mógł pan osobiście doświadczyć.
Kiedy tylko moja przygoda z Turcją się skończyła, to powróciłem do Europy, przywożąc ze sobą wiadomości obciążające Fernanda Mondego. O Danglarsie nie miałem nic kompromitującego, ale poznałem jego wielką słabość do pieniędzy, którą mogłe przeciwko niemu wykorzystać. Niestety, Gerard de Villefort wciąż pozostawał dla mnie nieuchwytny. Nic na niego nie miałem i byłem pełen obaw, że ten człowiek zdoła mi się wymknąć. Tak też by się zapewne stało, gdyby nie pewien szczegół. Pewnego dnia na swej drodze znowu spotkałem Giovanniego Bertuccia. Natknąłem się na niego całkiem przypadkowo. Tułał się po świecie i chwytał każdej możliwej pracy. Pomyślałem, że warto się będzie z nim lepiej zaznajomić, więc jako ksiądz Busoni odwiedziłem go i przekonałem do zwierzeń. Bertuccio opowiedział mi coś niebywałego, co diametralnie zmieniło całą moją sytuację. Okazało się, że swego czasu pan Giovanni miał porachunki z Villefortem za to, iż ten nie chciał ukarać morderców jego brata (notabene bonapartysty). Rachunki te Bertuccio wyrównał z nim w roku 1817. A było to tak:
Bertuccio śledził Villeforta obserwując go bardzo dokładnie i czekając na dogodną sytuację, aby go dopaść. Odkrył wówczas, że pan prokurator ma piękną kochankę na boku. Była to młoda mężatka, Herminia de Nargonne. Spotykali się potajemnie w starym domu, będącym własnością rodziców zmarłej żony Villeforta. Pewnej nocy Gerard wyszedł z domu do ogrodu, a tam zakopał jakiś kuferek. Bertuccio obserwował to wszystko uważnie, po czym rzucił się na prokuratora uderzając go nożem w pierś, a następnie myśląc, że zadał swojemu wrogowi śmierć, wykopał ów kuferek i otworzył. Znalazł w nim nieprzytomne niemowlę płci męskiej, czyli dziecko Villeforta i pani de Nargonne. Giovanni czując, że to jego obowiązek, reanimował je, po czym oddał do sierocińca. Niestety, opowiedział to wszystko wdowie po swoim bracie, a ta odebrała następnego dnia chłopca podając się za jego matkę i razem z Bertucciem wychowała je. Benedetto zaś (tak bowiem go nazwali) wyrósł na chłopca zwyrodniałego i podłego. W wieku dwunastu lat miał już na koncie liczne drobne kradzieże, a w końcu dopuścił się również morderstwa. Wraz ze swymi kompanami skatował swoją przybraną matkę i podpalił dom z nią w środku, po czym wyruszył w świat bardzo z siebie zadowolony. To wszystko miało miejsce w chwili, gdy Bertuccio siedział w więzieniu, niesłusznie oskarżony o zabójstwo bankiera, o czym już panu wczoraj opowiadałem. Kiedy wrócił do domu, zastał jedynie zgliszcza, a od sąsiadów dowiedział się, co zaszło pod jego nieobecność. Załamany, nie wiedział, co ma z sobą zrobić. Poradziłem mu więc przejście na służbę do hrabiego Monte Christo. Bertuccio zgodził się na to i otrzymał ode mnie list polecający, który później mi pokazał, gdy już jako hrabia przyjąłem go na stanowisko swojego intendenta, na którym to stanowisku on dalej przebywa, wiernie mi służąc.
Moje starania nie poszły więc na marne. Miałem Hayde, która mogła mi pomóc zniszczyć Fernanda Mondego. Miałem Bertuccia, który miał mnie wesprzeć w zniszczeniu Villeforta. Znałem też słabości Danglarsa, a zatem moi wrogowie byli już na mojej łasce i mogłem zadać cios. Chociaż nie... Jeszcze nie. Potrzebowałem jeszcze Benedetta. Ten oto zwyrodniały nędznik mógł się okazać użyteczny w zniszczeniu swojego tatusia. Jacopo wysłał więc ludzi na jego poszukiwania, a ja tymczasem udałem się do Rzymu na karnawał.
Na tym właśnie wydarzeniu pozwolę sobie zakończyć swoją historię. Na karnawale roku 1838. Jutro dowie się pan o tym, co mnie wtedy spotkało i jakie działania podjąłem, aby zrealizować moją zemstę.

2 komentarze:

  1. A zatem hrabia wpadł na sprytny plan dokonania zemsty na swoich wrogach poprzez uzyskanie nowej tożsamości i zebranie wszelkich informacji na ich temat. W końcu, dzięki tytułowi jaki przyjął, miał możliwość dostania się do francuskiej elity, a za pomocą Hayde i Benedetta, mógł wprowadzić swój plan w czyn i obnażyć całą prawdę na temat tych, którzy odebrali mu wszystko niszcząc mu życie. I tak sprawiedliwości stało się zadość. Wszystkie zbrodnie i haniebne uczynki tych trzech sukinsynów wyszły na jaw i doprowadziły do zhańbienia ich dobrego imienia i honoru.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ładne zdjęcia. Z różnych ekranizacji i chyba też tych najlepszych. Choć tej animowanej wersji nie znam.
    Wrogowie hrabiego Monte Christo powinni zacząć się bać, bo on już wie wszystko o ich brudnych sprawkach i nie zawaha się tej wiedzy użyć, aby zniszczyć im życie.
    Tak jak oni nie mieli skrupułów, żeby zniszczyć jego życie.
    Nie spodziewają się ataku ogóle i będą bardzo nieprzyjemni zaskoczeni. I bardzo dobrze.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...