sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 61

Rozdział LXI

Opowieść hrabiego Monte Christo cz. VI - Przygoda w Rzymie


Ostatnim razem opowiedziałem panu o mojej podróży po świecie, podczas której zdobyłem wiadomości na temat moich wrogów. Mówiłem również o tym, jak to z Edmunda Dantesa przeistoczyłem się w hrabiego Monte Christo, mściciela swoich krzywd. Zanim jednak rozpocznę następny rozdział mojej historii, pozwolę sobie na małą dygresję.
Zapewne uważa pan, drogi panie Chroniqueur, że jestem szczęśliwy będąc w chwili obecnej tym, kim jestem. No cóż... To prawda. Dzięki Hayde i Marcie oraz przy wsparciu moich prawdziwych przyjaciół z Jacopem na czele, osiągnąłem to, co można śmiało nazwać szczęściem i nie chciałbym zamienić tego życia, którego teraz wiodę na to, które wiodłem przed rokiem 1815. Muszę jednak przyznać, że nigdy nie było moim marzeniem stać się tym, kim jestem obecnie. Myślisz pan, panie Chroniqueur, że chciałem być hrabią Monte Christo? Bynajmniej. Nigdy tego nie pragnąłem. Nigdy też nie polubiłem swojego nowego wcielenia. Zapewne zapyta pan, dlaczego? Otóż odpowiem panu. Nigdy nie myślałem o tym, aby zostać hrabią Monte Christo. To człowiek niezwykle groźny i bezwzględny, choć posiadający ogromny kręgosłup moralny. Bałbym się mieć go za przyjaciela czy nawet tylko sojusznika. Nie chciałem się nim stać. Pragnąłem być jedynie sobą. Sobą, to znaczy Edmundem Dantesem, ale oni mi na to nie pozwolili. Danglars... Mondego... Villefort... Nawet ta glizda Caderousse. Próbując zabić młodego marynarza, stworzyli mściciela, który przyszedł wyrównać rachunki. Tym gorzej dla nich. Kara, jaka spadła na ich głowy była straszna, ale sprawiedliwa. Nie mogłem postąpić inaczej. Ci ludzie bowiem odebrali mi życie zamieniając je w koszmar, a zrobili to z zazdrości i zawiści. Musieli więc za to zapłacić. Musieli. Nie mogłem im tego darować. Gdybym odpuścił zbrodnie, które mnie spotkały, to by było równoznaczne z zaakceptowaniem tego, co się stało, jak również uznanie wyższości tych panów nade mną. Byłoby to też jednoznaczne z akceptacją całego zła na tym świecie, a na to nie mogłem wyrazić zgody. Zatem moja zemsta tym okrutniejsza się stała, że zemściłem się za krzywdy zarówno moje, jak również i wszystkich ludzi, którzy od moich wrogów doznali cierpienia.
A pomsta moja rozpoczęła się w Rzymie w roku 1838. Nie na darmo właśnie wtedy przybyłem do tego miejsca. Jacopo dowiedział się bowiem, iż syn Fernanda i Mercedes, Albert wraz ze swym przyjacielem, baronem Franzem d’Epinay jedzie do Wiecznego Miasta na karnawał. Jeżeli chciałem podejść moich wrogów, to musiałem wejść na paryskie salony, w których oni wiedli prym. Aby tego jednak dokonać, potrzebowałem kogoś, kto by mnie na nie wprowadził i przedstawił całej śmietance towarzyskiej. Syn mojej niedoszłej żony i mojego największego rywala wydawał się być wręcz odpowiednim kandydatem na to stanowisko. Należało go jednak we właściwy sposób podejść. Na szczęście Jacopo i jego ludzie dowiedzieli się o młodym wicehrabi de Morcerfie dość dużo, abym zdołał niczym pająk usnuć wokół niego sieci swojego podstępnego planu. Albert lubił sport i zabawy, a zatem za ich pomocą mogłem się do niego zbliżyć.
Wraz z Hayde, która towarzyszyła mi w tej podróży, zameldowałem się w hotelu pana Pastrini. Mój wybór nie był oczywiście dziełem przypadku, w końcu to właśnie miejsce wybrali na swoją siedzibę Albert de Morcerf i Franz d’Epinay. Musiałem być blisko nich, żeby się do nich zbliżyć. Nie spieszyłem się z tym jednak, miałem bowiem na to mnóstwo czasu. Poza tym, jak zapewne pan wie, panie Chroniqueur, mądre przysłowie mówi, iż zemsta im dłużej odwlekana, tym słodziej nam smakuje. Jako hrabia de Monte Christo stałem się wręcz prawdziwym smakoszem również tej egzotycznej potrawy, jaką jest pomsta, postanowiłem więc zadbać o to, żeby była ona rajem dla mojego podniebienia. Brałem zatem udział w zabawach towarzyskich elit rzymskich, chodziłem z Hayde do opery, bywałem na balach, cały czas też uważnie obserwując mój cel i czekałem. Oczekiwania moje opłaciły się.
Kilka dni po moim przybyciu do Rzymu, baron Franz d’Epinay postanowił wyruszyć na wyspę Monte Christo, aby zapolować na kozice. Nie odstraszyły go opowieści o duchach oraz przemytnikach grasujących po tym zapomnianym przez Boga miejscu. Postanowiłem to wykorzystać. Pan baron d’Epinay bardzo pożądał przygody, a więc chciałem mu ją zapewnić. Udałem się na Monte Christo razem z Jacopem i jego ludźmi, po czym ukryliśmy się w grocie i czekaliśmy. A musi pan wiedzieć, że jaskinię, w której odnalazłem skarb kardynała Spady, udekorowałem najpiękniej, jak tylko to było możliwe. Udekorowałem tam co piękniejsze skały drogimi kamieniami, na ścianach powiesiłem zapalone pochodnie oraz dałem na środek groty duży stół, który potem kazałem przygotować na wystawną ucztę.
Niedługo czekaliśmy, gdyż baron Franz d’Epinay wkrótce się zjawił. Ledwo postawił stopę na wyspie, a moi ludzie natychmiast go pochwycili, związali mu oczy i zabrali do groty, w której na niego czekałem. Tam przedstawiając się jako Sindbad Żeglarz, ugościłem Franza jak mogłem najlepiej, częstując go czym chata bogata. Na końcu zaś dałem mu do spróbowania haszyszu, po którym to biedak, dostawszy narkotycznych wizji, zasnął. Wówczas to moi ludzie wsadzili go do łodzi i zawieźli nią na powrót do Rzymu. Zgodnie z mymi przewidywaniami Franz opowiedział o wszystkim Albertowi, który rzecz jasna mu nie uwierzył. Nieco później obaj przyjaciele chcieli wynająć powóz, żeby móc z jego pomocą brać udział w zabawach karnawałowych. Pragnęli również mieć balkon, z którego to mogliby podziwiać egzekucję dwóch skazańców. Obejrzenie tej dość niezwykłej rozrywki była wręcz ich marzeniem. Postanowiłem im umożliwić obejrzenie jej bardzo dokładnie.
Ale w moich planach było ocalenie jednego ze skazanych, gdyż człowiek, którego chciałem obdarzyć łaską, mógł okazać się bardzo potrzebny. Mężczyzną tym był młody pasterz Peppino, zwany także Rocca Priori. Należał on do bandy Luigiego Vampy, najsłynniejszego rozbójnika Włoch, choć sam mówił o sobie, że jedynie nosił im jedzenie, a z akcjami tej grupy nie ma nic wspólnego. Prawda była oczywiście inna, ale choć nie było dowodów na to, że wina Peppina jest znacznie większa, niż on to dowodził, to i tak biedak miał zginąć i to zabity w sposób tak okrutny, że sam opis jego kaźni budził we mnie wstręt oraz obrzydzenie. Drugi skazaniec miał ponieść podobny rodzaj śmierci, tyle tylko, że z całą pewnością zasługiwał na nią. Okradł on bowiem i zamordował pewnego księdza, który był mu jak ojciec. Co do niego, to ja nie miałem żadnych skrupułów, jednakże Peppino musiał żyć. Postanowiłem bowiem zwerbować na swoje usługi słynnego Luigiego Vampę. Był on człowiekiem groźnym, ale również niezwykle honorowym, dlatego też uznałem, że znajomość z nim może się okazać bardzo użyteczna w przyszłości. Poza tym warto mieć przyjaciół na całym świecie i w każdych kręgach, zwłaszcza wtedy, gdy jest się hrabią Monte Christo. Miałem pewność, iż wyciągnę mnóstwo korzyści ze znajomości z panem Vampą. Wiedziałem to, ponieważ już wcześniej miałem okazję go poznać. Nie był on wtedy jeszcze bandytą, ale pasterzem, który wskazał mi drogę, kiedy to goniąc za własnymi sprawami, zabłądziłem gdzieś na jakimś pustkowiu. To właśnie dzięki niemu odnalazłem wtedy właściwy kierunek mojej podróży. Wręczyłem mu w podzięce kilka złotych monet, on zaś uznał moją zapłatę za tak szczodrą, że w zamian ofiarował mi piękny sztylet własnej roboty. Przedmiot ten posiadam do dzisiaj w swych zbiorach.

 
Nie wiedziałem jednak, w jaki sposób mógłbym zawrzeć bliższą znajomość z Luigim Vampą. Ostatecznie nie miałem wcale możliwości, aby znaleźć go na ulicy i zaczepić, proponując mu, że zostanę jego protektorem. Na szczęście okazało się, iż właściciel hotelu, w którym mieszkam, czyli senor Pastrini jest już od dawna człowiekiem Vampy. Przy odpowiedniej ilości złotych i brzęczących argumentów umożliwił mi on spotkanie ze swym kompanem w ruinach starego amfiteatru. Tam zaproponowałem Luigiemu korzystny dla niego interes. Zasugerowałem, że będzie on dalej prowadził swoją działalność, ale jego naczelnikiem będę ja. Oczywiście musiałem jakoś wkupić się w łaski tego pana, dlatego też oświadczyłem mu, że doprowadzę do ułaskawienia Peppina. Vampa, któremu naprawdę na tym chłopaku zależało, obiecał mi wszystko co zechcę, jeżeli go ocalę. Wiedziałem, dokąd mam się udać. Załatwiłem sobie audiencję u papieża i podczas niej zaproponowałem mu ułaskawienie Peppina. Jako argumentu użyłem pięknego szmaragdu, który Ojciec Święty mógł umieścić w swojej tiarze. Okazało się wówczas, że głowa Kościoła katolickiego jest równie przekupna, co pierwszy lepszy urzędnik. Papież zgodził się bez wahania na moją propozycję, po czym otrzymałem akt ułaskawienia dla Peppina, który następnie wręczyłem odpowiedniemu urzędnikowi.
Kiedy powróciłem do hotelu, pan Pastrini doniósł mi, iż panowie Albert de Morcerf oraz Franz d’Epinay potrzebują powozu do uczestnictwa w zabawie oraz balkonu, z którego mogliby obserwować publiczną egzekucję Pepinna i drugiego więźnia. Wciąż ich nie zdołali znaleźć, ponieważ wszystkie powozy były wówczas już wykupione, natomiast udostępnienie balkonu ze strony któregokolwiek gościa hotelowego, nie wchodziło w grę. Wiedziałem, że oto nadeszła moja chwila, jeśli więc miałem zadziałać, to tylko wtedy. Zaoferowałem się przez pana Pastrini, iż udostępnię obu panom powóz, jak i również swój balkon. Obaj oczywiście przyszli bardzo serdecznie mi za to podziękować. Franz d’Epinay z miejsca rozpoznał mnie jako Sindbada Żeglarza, ale zachował ten fakt dla siebie. Ugościłem obu panów w swoim apartamencie obu młodzieńców, po czym razem obejrzeliśmy z mojego balkonu długo zapowiadaną publiczną kaźń Peppina oraz jego współwięźnia, choć tak właściwie, to tylko tego drugiego, ponieważ kompan Luigiego Vampy został ułaskawiony w taki sposób, że karę śmierci zastąpiono dożywotnim więzieniem, ale ja już postarałem się o to, aby następnego dnia Peppino uciekł z lochu i wrócił do bandy. Co do drugiego skazańca, to jego egzekucję obserwowałem z lekką niechęcią, żeby nie powiedzieć z obrzydzeniem, jednak celowo udawałem przed Albertem i Franzem wielką satysfakcję. Przyznać się muszę, iż gdy pomyślałem o tym, aby w taki sam (jakże okrutny) sposób zabić Danglarsa, Mondego i Villeforta, poczułem nagle ogromną radość i uśmiechnąłem się do własnych myśli. Dostrzegł to baron d’Epinay i chyba wyciągnął błędny wniosek, że fascynują mnie tortury.
Kiedy Peppino wyszedł na wolność, Luigi Vampa skontaktował się ze mną. Powiedział, że jest mi wdzięczny i okaże to służąc mojej osobie wiernie do końca swoich dni. Przekazałem mu, iż przyjaźń jego i jego bandy znaczy dla mnie więcej niż jakikolwiek skarb na całym świecie. Postawiłem jednak parę warunków mego mecenatu nad nimi. Po pierwsze, bandyci mieli być wobec mnie bezwzględnie posłuszni. Po drugie zaś, nie wolno im było napadać ani na mnie, ani na moich przyjaciół. Vampa bez wahania przyjął oba moje warunki. Nieco później jednak niechcący oddał mi on niezwykle cenną przysługę, z której znaczenia nawet nie zdawał sobie sprawy. A było to tak:
Albert de Morcerf udał się ze swym przyjacielem na zabawę uliczną. Poznał tam piękną dziewczynę o imieniu Teresa, która to zaproponowała mu schadzkę. Radośnie udał się na nią o właściwym czasie nie wiedząc jednak, że jego piękna znajoma jest w rzeczywistości ukochaną Vampy i ma ona za zadanie pomóc mu uprowadzić jakieś apetyczne kąski w postaci bogatych arystokratów, mogących zapłacić za swoją wolność sowity okup. Takim właśnie kąskiem był Albert. Teresa wyciągnęła go w odludne miejsce, a tam już Luigi Vampa ze swoimi ludźmi związał go i zabrał do Katakumb Św. Sebastiana, następnie zaś wysłał do Franza d’Epinay list z żądaniem okupu grożąc, że w razie jego nieotrzymania, wicehrabia zginie. Problem polegał jedynie na tym, iż ani Albert, ani jego przyjaciel nie mieli dość pieniędzy, aby zapłacić. Na całe szczęście baron d’Epinay udał się do mnie z prośbą o pożyczenie mu brakującej części sumy. Zgodziłem się na to bez wahania, jednak w rozmowie ze mną Franz nagle zasugerował, że na pewno jestem w stanie wydobyć Alberta z niewoli w inny sposób. Nie rozumiałem, o co mu chodzi do chwili, gdy zaczął ze mną grać w otwarte karty. Wyznał mi, iż rozpoznał mnie jako Sindbada Żeglarza, a później widział mnie w ruinach amfiteatru, kiedy to właśnie werbowałem na swoje usługi Luigiego Vampę. Niedwuznacznie zasugerował mi wtedy, że jest gotów wykorzystać te informacje przeciwko mnie, jeżeli odmówię współpracy z nim. Oczywiście nie bałem się szantażu, jednak uznałem, iż mogę zagrać w tę grę na jego zasadach, dlatego też obaj udaliśmy się w Katakumby Św. Sebastiana. Luigi Vampa bardzo zdziwił się na mój widok, jednak chętnie ze mną porozmawiał. Gdy zaś wyjaśniłem mu, iż od niedawna pan wicehrabia Albert de Morcerf zalicza się do moich przyjaciół, a co za tym idzie, zgodnie z naszą umową jest nietykalny, Luigi natychmiast go uwolnił, serdecznie przepraszając mnie za pomyłkę, której się dopuścił. Oczywiście ja nie miałem mu tego za złe, a wręcz przeciwnie. Wyszła z tego wielce dogodna dla mnie sytuacja, bo następnego dnia Albert przyszedł do mnie i podziękował mi za ratunek. Zaproponował też, abym odwiedził go w Paryżu, kiedy tylko skończy się karnawał. Miałem wówczas swoje sprawy do załatwienia, ale zgodziłem się. Moja wizyta miała odbyć się równo trzy miesiące później, punktualnie o godzinie 12:00 w południe. Albert de Morcerf, nie przeczuwając w ogóle nadchodzącego dla jego podłego ojca niebezpieczeństwa, z prawdziwą radością przyjął moją decyzję, a ja tymczasem miałem już możliwość wkroczyć na paryskie salony.
O tym jednak, jak na nie wszedłem oraz co się stało później, dowie się pan już jutro, panie Chroniqueur.

2 komentarze:

  1. Hrabia ocalił przed śmiercią kompana Luigiego, aby zyskać jego przychylność i ta znajomość okazała się naprawdę przydatna, bo dzięki niej zdobył przyjaźń i zaufanie Alberta, który następnie wprowadzi go w kręgi francuskiej elity, a wówczas hrabia będzie mógł dokonać zemsty na tych, przez których spędził tyle lat w wiezieniu, zapomniany przez wszystkich. Jacopo z kolei okazał się być naprawdę mądrym doradcą, chętnie udzielającym hrabiemu dobrych i pożytecznych rad.

    OdpowiedzUsuń
  2. W sumie żal Edmunda, że stał się hrabią Monte Christo, choć nigdy nie chciał nim być.
    Słodka zemsta najlepiej smakuję na zimno, gdy jest dokładnie zaplanowana.
    Albert nie przeczuwał, że piękne oczy skryte za maską wpędzą go w pułapkę, a wszystko było częścią dobrze zaplanowanej intrygi. Wszystko po to, aby hrabia mógł go uratować i tym samym dotrzeć do jego ojca. W każdym razie w filmie, bo w książce, jak widać, było nieco inaczej, choć równie ciekawie.
    Ostatnie zdjęcie przypomina mi tak lubianą przez nas wersję. Ciekawe, jakie przygody zostaną poruszone w następnym rozdziale?

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...