sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 62

Rozdział LXII

Opowieść hrabiego Monte Christo cz. VII - Przybycie do Paryża


Poprzednim razem opowiedziałem panu o tym, w jaki sposób to poznałem w Rzymie syna jednego z moich wrogów, który to umożliwił mi wejście na paryskie salony, jak również i o tym, w jaki to niezwykle osobliwy sposób zawarłem bliższą znajomość ze słynnym bandytą Luigim Vampą. Dzisiaj zaś dowie się pan, panie Chroniqueur, co miało miejsce później.
Przed wyjazdem z Rzymu, Albert de Morcerf umówił się ze mną w Paryżu za trzy miesiące w swoim domu, dokładnie o godzinie dwunastej w południe. Miałem zatem przed sobą całe dziewięćdziesiąt dni do działania i postanowiłem każdy z nich odpowiednio spożytkować. Wysłani przeze mnie ludzie nabyli dla mnie dom na Polach Elizejskich, a także załatwili małe lokum dla księdza Busoni i jeszcze jedno dla lorda de Wilmore. Cały czas bowiem przeczuwałem, że ci dwaj panowie mogą mi się jeszcze kiedyś przydać, dlatego uznałem, iż należy ich odpowiednio wyposażyć na czas mojego pobytu w Paryżu. Prócz tego też Jacopo poszukiwał na moje polecenie nieślubnego syna pana de Villefort, czyli Benedetta. Poszukiwania były długie i niezwykle żmudne, jednakże mój przyjaciel po raz kolejny dowiódł, że ma głowę nie od parady i odnalazł poszukiwanego przeze mnie młodzieńca. Przebywał on w więzieniu w Tulonie tuż po tym, jak w roku 1831 po dokonaniu jakieś zbrodni (nie pamiętam niestety, jakiej) został skazany na siedem lat galer. Wyrok ten powoli dobiegał końca, więc chłopak miał niedługo wyjść na wolność, ale tak prawdę mówiąc, to raczej niezbyt mu to odpowiadało. Nie żeby chciał on siedzieć w więzieniu do końca swoich dni, ale zapewne pan, panie Chroniqueur, doskonale wie, o co mi chodzi. Wszak skazaniec, po wypuszczeniu na wolność, już do końca swoich dni jest moralnie napiętnowany jako człowiek pozbawiony czci i honoru, a jego przestępstwo odbiera mu na stałe możliwość w miarę normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Benedetto doskonale o tym wiedział i dlatego też miałem pewność, że tym chętniej przyjmie on możliwość życia, jakie dla niego przygotowałem.
Jako lord de Wilmore odwiedziłem niby to przypadkiem więzienie w Tulonie. Dałem naczelnikowi bardzo dużą łapówkę, dzięki czemu umożliwił mi on wizytę u Benedetta, który nosił tam numer 59. Spotkałem się z chłopakiem, przedstawiłem mu się jako Sindbad Żeglarz i zaproponowałem, że mogę tej nocy zorganizować jego ucieczkę i wręczyć mu dokumenty na nowe nazwisko. Ten oto młody łajdak wyczuwał wszakże, iż w mojej dobroczynności kryje się jakiś haczyk i zapytał mnie o niego. Wyjaśniłem mu go więc. Powiedziałem mu, że musi się on udać do pałacu na Polach Elizejskich w Paryżu, gdzie mieszka hrabia de Monte Christo. On zaś wyjaśni mu, co się z nim dalej ma dziać. Dla Benedetta cała ta historia zdawała się być bardzo dziwna, ale na szczęście przyjął moją propozycję. Otrzymał więc ode mnie spory bochenek chleba, w którym ukryłem wcześniej pilnik. W nocy młodzieniec przeciął swój łańcuch i uciekł. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, nie zrobił tego jednak sam. Okazało się bowiem, że numer 60, czyli współwięzień, z którym to Benedetto był skuty jednym łańcuchem, odkrył plan kolegi i zmusił go, aby ten pozwolił mu uciec z nim, grożąc mu przy tym, że w przeciwnym wypadku podniesie alarm. Więźniem tym był oczywiście Kacper Caderousse. Początkowo miałem wielką ochotę kazać Jacopowi go zastrzelić, jednakże zmieniłem zdanie. Uznałem, iż ten nędznik może mi się jeszcze kiedyś przydać żywy. Benedetto więc otrzymał ode mnie nowe dokumenty oraz list polecający do hrabiego de Monte Christo. Ja natomiast udałem się do Włoch, gdzie odnalazłem pewnego utracjusza, majora Bartolomea Cavalcanti, nędznika i łajdaka, ale przede wszystkim potomka znakomitego rodu wpisanego do złotej księgi Florencji, a także wspominanego w samej „Boskiej komedii”. Miał on ponoć stracić przed wielu laty syna porwanego przez Cyganów. Przebrany więc za księdza Busoni oznajmiłem mu, że wiem, gdzie przebywa jego potomek, ale nie mogę sam mu tego wyznać z powodu (a jakże) zobowiązującej mnie tajemnicy spowiedzi. Wręczyłem mu list do hrabiego Monte Christo i nakazałem udać się do Paryża w celu spotkania z tymże jegomościem. Major zdziwił się, ale przyjął moją propozycję.

 
Wszystkich tych czynów dokonałem w ciągu trzech miesięcy, które to były mi dane, także z łatwością dotarłem do Paryża na czas i punktualnie o dwunastej w południe umówionego dnia, odwiedziłem pana wicehrabiego Alberta de Morcerfa. Młodzieniec czekał na mnie w swoim kawalerskim mieszkaniu, w towarzystwie paczki przyjaciół, którymi byli baron Franz d’Epinay, Lucjan Debray, Alfons de Beauchamp, baron Raul de Chateau-Renaud oraz Maksymilian Morrel. Ten ostatni co prawda nie należał do serdecznego grona kompanów Alberta, jednakże swego czasu uratował on życie Raulowi, w zamian za co ten wprowadził go na salony swoich przyjaciół. Z prawdziwą przyjemnością mogłem wtedy zawrzeć całkowicie oficjalnie znajomość z synem mego dawnego pracodawcy. Ów uroczy młodzieniec wzbudził we mnie wiele pozytywnych emocji i postanowiłem odwiedzić go przy najbliższej okazji. Na razie pozwoliłem jednak Albertowi, aby przedstawił mnie on przyjaciołom, a następnie oprowadził po swym domu i oczywiście zapoznał ze swymi rodzicami. Przyznam, że nieco obawiałem się tego spotkania, ponieważ nie miałem pewności, czy aby moi wrogowie mnie nie rozpoznają. Na całe szczęście dwadzieścia trzy lata sprawiły, że rysy mej twarzy zatarły się w pamięci hrabiego de Morcerfa, który z radością zapoznał się z wybawcą swojego syna, jednak jego żona, Mercedes, nie dała się oszukać. Nie wiem, jak to możliwe, ale od razu mnie rozpoznała, ledwie tylko ujrzała mą twarz. Starała się za wszelką cenę nie dać tego po sobie poznać, ale i tak byłem pewien, że mnie zdemaskowała. Zbyt dobrze znałem Mercedes Herrera, aby nie wiedzieć, co jaka mina na jej twarzy oznacza. Dlatego też skorzystałem z byle pretekstu, aby najszybciej opuścić dom państwa de Morcerf. Bałem się wszak, że ledwie wyjdę, a moja niedoszła żona z miejsca opowie mężowi i synowi, kim jestem, po czym z pewnością poprosi, ażeby obaj się mnie wystrzegali. Na szczęście tak się nie stało, a Mercedes zachowała swoje odkrycie dla siebie. Do dziś zastanawia mnie, dlaczego tak postąpiła? Może miała wątpliwości, czy rzeczywiście jestem tym, za kogo mnie bierze? A może też jej zachowanie miało inne przyczyny? Nigdy się tego nie dowiedziałem. Tak czy inaczej, wkrótce całkiem o tym zapomniałem, zajęty wtedy innymi, ważniejszymi dla mnie sprawami. Przypomniałem sobie o tym wszystkim dopiero wtedy, gdy dowiedziałem się, iż hrabina de Morcerf tego dnia rozpoznała we mnie Edmunda Dantesa, jednak nigdy nikomu o tym nie powiedziała.
Muszę przyznać, że spotkanie po latach z moją niedoszłą małżonką, wywarło na mnie piorunujące wrażenie. Wciąż była piękna i niesamowicie subtelna pod każdym względem. Nie dziwiłem się wtedy Edmundowi Dantesowi, czyli swemu biednemu poprzedniemu ja, że zakochał się w takiej kobiecie. Gdybym nie przeżył tego wszystkiego, co mnie spotkało, to na pewno bym się z nią ożenił, ale jako hrabia Monte Christo musiałem uważać na swoje uczucia, chociaż nie mogłem się oprzeć ogromnemu wrażeniu, jakie wywierała na mnie ta kobieta. Zapyta pan zapewne, czy coś jeszcze do niej wówczas czułem? Muszę przyznać, że miałbym z tym pytaniem pewne problemy. Na pewno darzyłem ją pogardą za zostanie żoną Fernanda Mondego oraz za to, iż tak szybko zapomniała Edmunda Dantesa, ale swoją postawą i zachowaniem budziła mój szacunek. Miłości do niej wszak nie czułem, choć nie dałbym głowy za to, że gdyby chciała, to czy nie ruszyłbym za nią na koniec świata. Nawet wtedy.
Powrócę jednak do mojej opowieści.

 
Przez kilka pierwszych dni mojego pobytu w Paryżu obawiałem wciąż się, że zostałem zdemaskowany, a cały mój misterny plan diabli wzięli. Kiedy się jednak upewniłem, iż moja prawdziwa tożsamość jest dalej nieznana mym wrogom, to zapomniałem o wszystkich moich obawach i przeszedłem do działania. Zakupiłem dom państwa de Saint-Marein w Auteuil, gdzie w roku 1817 odbyły się tragiczne w skutkach narodziny Benedetta. Miała to być moja scena w przedstawieniu, jakie wtedy szykowałem dla panów Danglarsa, Mondego i Villeforta. Oczywiście wciąż miałem dom na Polach Elizejskich, jednak jak na porządnego hrabiego przystało, postanowiłem mieć też i wiejską rezydencję. Gdy udałem się do niej z Bertucciem, ten poczuł się okropnie i wzbraniał się przed wejściem do środka. Wymusiłem to na nim, on jednak z każdą chwilą czuł się coraz gorzej, aż w końcu ledwo stał na nogach. Zażądałem więc od niego, aby wyjaśnił mi, dlaczego tak obawia się tego domu. Bertuccio zaś opowiedział mi swoją historię nie zdając sobie sprawy, iż już ją doskonale znam. Ja zaś udałem, że wysłuchuję jej bardzo uważnie i obiecałem zachować ją dla siebie.
Po tym wydarzeniu postanowiłem jakoś zaznajomić się z rodziną barona Danglarsa. Za pomocą pośredników kupiłem siwojabłkowity zaprzęg jego żony, Herminy, za sumę trzykrotnie większą aniżeli wart. Baron z radością pozbył się zwierzaków, gdyż były one dość narowiste i jeżdżenie nimi dla niewprawnej ręki groziło utratą życia. Następnie z tym oto zaprzęgiem udałem się do posiadłości pana Danglarsa, gdzie powołując się na zgodę od firmy „Thomson and French”, uzyskałem od jego banku zgodę na kredyt nieograniczony. Z miejsca zażyczyłem sobie pożyczki i to w kwocie pięciu milionów franków. Baron był pod wrażeniem moich poczynań i z miejsca postanowił zawrzeć ze mną bliższą znajomość. Naszą jakże miłą rozmowę przerwała pani Herminia, która odkryła, że jej konie są w moim powozie i zażądała od męża wyjaśnień. Była wściekła, iż ten pozwolił sobie sprzedać jej własność, nie pytając przedtem o pozwolenie. Ja natomiast ze swojej strony udałem, jak strasznie mi jest przykro z powodu nieświadomego wywołania kłótni małżeńskiej i oddałem kobiecie zaprzęg i to bez żądania zwrotu pieniędzy. Powiem więcej, do każdej z końskiej uprzęży dodałem mały diament. Zrobiło to piorunujące wrażenie. Ja zaś dowiedziałem się, że Herminia Danglars zamierza wypożyczyć ów zaprzęg swojej najlepszej przyjaciółce, czyli pani Heloizie de Villefort, która chciała się wybrać na przejażdżkę ze swoim synkiem, Edwardem. Nadarzyła się więc doskonała okazja, aby zawrzeć znajomość z rodziną słynnego prokuratora i gdy jego żona oraz synek jechali ulicą, niedaleko mojego domu, Ali na mój rozkaz w zmyślny sposób spłoszył konie, które to poniosły, po czym nad wyraz wskoczył na powóz Heloizy i zatrzymał narowiste wierzchowce, następnie zaprowadził przerażoną panią de Villefort i nieprzytomnego Edwarda do mojego domu. Tam zaś dałem chłopcu kroplę brucyny, dzięki czemu malec się ocknął. Heloiza była pod wrażeniem mej znajomości chemii i z miejsca zapytała, cóż to za niezwykły środek, jakim ocaliłem waśnie jej dziecko. Oczywiście z prawdziwą przyjemnością zaspokoiłem ciekawość mojego gościa. Wyczułem przy tym, iż brucyna wyraźnie wzbudziła jej wielkie zainteresowanie i uznałem również, że w przyszłości będzie można to odpowiednio wykorzystać. Pani Heloiza de Villefort z miejsca zaprosiła mnie do siebie, a gdy tylko ją odwiedziłem, od razu przedstawiła swojemu mężowi. On również, podobnie jak Fernand i Danglars nie rozpoznał w hrabim Monte Christo Edmunda Dantesa. Mogłem więc swobodnie działać.
Podczas wizyty w domu Villefortów miałem możliwość przyjrzeć się dobrze ich sytuacji rodzinnej, która to (delikatnie mówiąc) przedstawiała się nie najlepiej. Gerard de Villefort po śmierci swej pierwszej żony, z którą miał córkę Walentynę, ożenił się ponownie, czyli Heloiza była jego drugą małżonką oraz matką jego synka Edwarda. Nawiasem mówiąc nie znałem nigdy bardziej rozpuszczonego ani bardziej nieznośnego dziecka niż ten młodzieniaszek. Był wstrętny i podły, chociaż odniosłem takie wrażenie, że dostrzegają to wszyscy poza jego matką, kochającą go ponad wszystko. Walentyna trzymała się z boku i wyraźnie nie lubiła swojej macochy, z wzajemnością zresztą. Edwardek dokuczał praktycznie wszystkim, ale ze względu na jego matkę nikt nie ośmielił się go za to skarcić. Z kolei ojciec prokuratora Gerarda, pan Noirtier de Villefort, był cały sparaliżowany na wskutek pęknięcia żyłki w mózgu i żył jedynie dzięki oddanemu służącemu oraz kochającej go bezinteresownie wnuczce. Gerard zaś wyraźnie kochał swoje dzieci, jednakże z powodu oziębłości, jaką zaraził się w swojej pracy, nie umiał im tego okazać. Co zaś do Heloizy, to byłem pewien, iż z największą przyjemnością wyprawiłaby na tamten świat swoją pasierbicę. Przyznaję z bólem serca, iż ledwie to dostrzegłem, a zaraz postanowiłem jej to ułatwić. Proszę oczywiście mi nie brać tego za złe, panie Chroniqueur. Ostatecznie nie mogłem przewidzieć, jak poważne skutki odniesie mój uczynek, a ponadto należy pamiętać również o tym, iż ta podła kobieta już dawno zaplanowała sobie to, co zrobi oraz jak to zrobi, a więc nawet gdybym jej nie pomógł, to i tak dokonałaby tego, czego dokonała, miała bowiem ku temu nie tylko środki, ale i sposobność. Ja zaś wówczas wychodziłem z założenia, że jeśli uderzę w dzieci moich wrogów, to zadam im największy ból z możliwych. Jakże dzisiaj żałuję, iż choćby przez myśl mi coś tak podłego przeszło.

 
Wracając jednak do mej opowieści, wyczułem od razu, jaka atmosfera panuje w tym domu oraz jakie uczucia do swojej pasierbicy czuje Heloiza. Wystarczyło tylko odpowiednio to wykorzystać i ja to zrobiłem, wręczając Heloizie de Villefort flakonik z brucyną oraz udzielając jej porad, jak należy ją stosować, aby działała jako lek i czego unikać, żeby nie miała właściwości trucizny. Następnie, aby jakoś oczyścić swoją biedną osobę od tych toksycznych afer, odwiedziłem Maksymiliana Morrela, który od śmierci ojca mieszkał w Paryżu razem ze swoją siostrą Julią i jej mężem, Emanuelem Herbautem. Ta oto naprawdę sympatyczna trójka pomogła mi zapomnieć chociaż na chwilę o mojej zemście oraz trapiących mnie z jej powodów niemiłych uczuć. W wielką radość wprawił mnie widok pięknego małego diamentu w starej sakiewce, który niczym relikwia był w tej rodzinie przechowywany. Moi zacni gospodarze wyjaśnili mi, iż za pomocą tego przedmiotu ich ojciec został ocalony od bankructwa i hańby, a teraz jego następcy, czyli oni właśnie, zamierzają odnaleźć człowieka, który wręczył ten dar śp. panu Piotrowi Morrelowi. Och, jak bardzo chciałem im wtedy powiedzieć, że to ja jestem tym człowiekiem. Bałem się jednak zdemaskowania, obawiając się, iż może to grozić udaremnieniem całego tak misternie uszykowanego przeze mnie wielkiego planu zemsty.
Ponieważ zawarłem już wszystkie najważniejsze znajomości w całym Paryżu, to postanowiłem zacząć działać. Sprowadziłem do tego pięknego miasta Hayde z całą jej służbą i ulokowałem ją w najpiękniejszym miejscu swego pałacu na Polach Elizejskich. W poufnej rozmowie z nią wyjawiłem jej, iż nie jest już ona moją niewolnicą, jako że we Francji niewolnictwo już dawno zostało zakazane i może mnie opuścić, kiedy zechce. Hayde jednak oświadczyła, że zostanie ze mną już na zawsze i będzie mi bezgranicznie oddana. Jakże przypominała mi wówczas inną kobietę, która to równie ochoczo składała przysięgę wiecznej wierności swojemu mężczyźnie, a potem tak łatwo o niej zapomniała. Dziś jednak wiem, że tamta nie jest godna tej, o której teraz mówimy, nawet buty czyścić, albowiem przysięgi Hayde były i są nadal potwierdzane jej zachowaniem oraz prawdziwą miłością do mnie.
Jakiś czas później odwiedził mnie major Bartolomeo Cavalcanti wraz z listem od księdza Busoniego. Z radością przyjąłem go wówczas u siebie i oświadczyłem mu, że odnalazłem jego syna, porwanego przed laty przez Cyganów. Tego samego dnia mój dom raczył zaszczycić swoją obecnością ten nędznik Benedetto z listem od lorda de Wilmore. Wmówiłem temu naprawdę zwyrodniałemu młodzieńcowi, że naprawdę nazywa się wicehrabia Andrea de Cavalcanti oraz jest synem owego majora, którego chwilę później mu przedstawiłem. Rzekomi ojciec i syn wpadli sobie w objęcia, ale kiedy tylko wyszedłem, to natychmiast porozmawiali ze sobą otwarcie. Domyślili się obaj, że biorą udział w jakieś dziwacznej szopce, której znaczenia nie umieją sobie wyjaśnić, ale ponieważ nie mieli nic do stracenia, a za to dużo do zyskania, postanowili kontynuować tę dziwaczną grę, jaka została im narzucona. Całą tę scenę obserwowałem uważnie z sekretnego pokoju, do którego się udałem chcąc wiedzieć, jak zareagują oba ptaszki na otrzymaną przeze mnie wieść. Zareagowali oczywiście w taki sposób, w jaki to wcześniej przewidywałem. Całkiem usatysfakcjonowany wróciłem do nich, po czym oświadczyłem majorowi Cavalcanti, że oto teraz w jego imieniu biorę „wicehrabiego” pod swoją kuratelę i zamierzam wprowadzić go na paryskie salony. Zobowiązałem się również płacić w imieniu majora co miesiąc małą sumkę na tzw. drobne wydatki dla pana Andrei Cavalcanti. Rzekomi ojciec i syn z miejsca się na to zgodzili, zaś ja zadowolony ze skuteczności swych działań przeszedłem do ich następnego etapu.
Wieczorem tego samego dnia w domu na Polach Elizejskich odwiedził mnie Jacopo. Porozmawialiśmy wówczas na temat dalszego planu działania. Częściowo wtajemniczyliśmy w nie również Hayde, Bertuccia oraz Alego. Wyjawiliśmy im, że zamierzamy zniszczyć ludzi o nazwiskach Fernand Mondego, Danglars oraz Gerard de Villefort, po czym zapytaliśmy naszych przyjaciół, czy możemy na nich w tej sprawie polegać. Cała trójka natomiast z prawdziwą satysfakcją, aby nie rzec euforią, obiecała nam swoje wsparcie. Ucieszyłem się z tego wiedząc, iż nie jestem w tej walce sam. Przyszła mi wówczas do głowy taka oto myśl:
Nasi wrogowie nie spodziewają się ataku. Są pewni, że nikt im nic nie jest w stanie zrobić. I nic dziwnego. W końcu, w Villeforcie ludzie widzą kochającego męża, dobrego syna, oddanego ojca i czujnego stróża prawa. W Danglarsie widzą mistrza finansów, doradcę najbogatszych i lwa strzegącego narodowego majątku. W Mondego zaś bohatera wojennego, ulubieńca bulwarów, człeka szlachetnego, mającego wiele jak najbardziej zasłużonych odznaczeń, którymi puszy się niczym paw. Zapytałem Jacopa, a kogo ja w nich widzę? Otóż widzę, że Villefort to wilk, Danglars świnia, a Mondego hiena. Dodałem też, iż widzę wyraźnie także i to, iż my jesteśmy nareszcie gotowi, aby wyruszyć na polowanie.
Jak jednak to moje polowanie na wrogów wyglądało, dowie się pan ode mnie, panie Chroniqueur, dopiero z następnych części mojej opowieści.

2 komentarze:

  1. No i cóż, na podstawie opowieści samego hrabiego można wywnioskować, iż jest on nie lada geniuszem, obdarzonym wielkim sprytem, inteligencją i przebiegłością, skoro krok po kroku potrafił zaplanować tak wyrafinowaną zemstę na swoich wrogach, przez których spędził niezasłużenie tyle lat w więzieniu. Tyle tylko, że z początku będąc zaślepiony chęcią zemsty, pragnął zemścić się również na rodzinie swoich wrogów, która przecież nie była niczemu winna, no ale to zrozumiał dopiero później, kiedy niestety Heloiza zdołała otruć kilku niewinnych ludzi, ale temu akurat nie mógł zaradzić, skoro sama bez żadnego problemu potrafiła przyrządzić truciznę, chociaż na pomysł ich otrucia wpadła dzięki niemu, bo w końcu to on podsunął jej tę myśl informując ją o tym, jak działa brucyna i jaka jej dawka stanowi zagrożenie dla życia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Postać przepięknej Hayde mignęła nam w hrabim Monte Christo z Chamberlainem, ale nie odegrała tam większej roli.
    Nie wiedzieć czemu, twórcy filmowi kreuję Mercedes na największą miłość hrabiego, choć to Hayde była kobietą jego życia.
    Dobrze, że hrabia zrezygnował z zamiaru zemsty na dzieciach swych wrogów.
    Cóż one winne temu, że ich ojcowie są kanaliami?
    Mścić się na kimś za winny ojców, byłoby bardzo podłe i niegodne hrabiego.
    Ich pozycja, majątek i dobre maniery zwodzą ludzi, bo nikt by nie podejrzewał o to, że Villefort to wilk, Danglars świnia, a Mondego hiena. A jednak to prawda.
    Wąż w raju też wydawał się uroczy.
    Czekam na kolejny rozdział, gdzie rozpocznie się prawdziwe polowanie.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...