Opowieść hrabiego Monte Christo cz. VIII - Rozpoczyna się polowanie
Ostatnim razem, mój drogi panie Chroniqueur, dowiedział się pan, w jaki to sposób zdobyłem zaufanie moich wrogów oraz jak wszedłem na paryskie salony, dzięki czemu stałem się członkiem miejscowej elity społecznej. Odkryłem przed panem również, jak w moich rękach znalazły się wszystkie sznurki, dzięki którym mogłem skierować swoich wrogów w przepaść. Teraz dowie się pan, co było dalej.
Gdy już wszystko było gotowe, abym mógł rozpocząć polowanie na moją zwierzynę, postanowiłem przejść już do bezpośredniego działania. Oczywiście nie spieszyłem się, gdyż doskonale znane mi było powiedzenie, iż zemsta najlepiej smakuje na zimno, a także to, że im dłużej jest ona odwlekana, tym smaczniejsza się staje. W moim przypadku przysłowie to było zdecydowanie jak najbardziej adekwatne, dlatego też spokojnie krążyłem wokół swoich ofiar, aby je uderzyć w tym konkretnym momencie, w którym mój cios najbardziej je zaboli. Co prawda, nie wiedziałem jeszcze, kiedy ma to wydarzenie nastąpić, jednak wiedziałem też, że mam dużo czasu, więc spokojnie oczekiwałem na swój ruch.
Na początku odwiedziłem ponownie dom państwa de Villefort. Byłem w nim mile widziany od chwili, kiedy dzień po rozmowie z panią Heloizą wysłałem jej flakonik z brucyną. Kobieta przyjęła mnie niczym najlepszego przyjaciela, choć ja osobiście wolałbym zaprzyjaźnić się z jadowitą kobrą, aniżeli z nią. Wąż pełen śmiertelnej trucizny w swych kłach był dla mnie o wiele bardziej bezpieczny niż ona. Tym większy jest teraz mój żal na siebie za to, że dałem jej do ręki broń przeciwko jej przyszłym ofiarom. Na moją obronę mogę powiedzieć tylko to, iż Heloiza i tak by w jakiś sposób zabiła swoje ofiary, nawet bez mojego małego wsparcia w tej sprawie. Wiedziała, czego chce i była gotowa dążyć do tego za wszelką cenę, bez względu na to, ile ofiar miałoby oddać życie dla realizacji jej planów, ale dość mówienia o tej kobiecie. Nie ona jest wszak tematem naszej rozmowy, ponieważ są nimi dzieje mojego życia.
Wracając więc do mojej osoby, powiedzieć panu muszę, iż rozmawiałem z państwem de Villefort, których to sytuacja rodzinna nie przedstawiała się najlepiej. Córka Gerarda z pierwszego małżeństwa, panna Walentyna, miała zostać wydana za barona Franza d’Epinay, jednak ona sama nie chciała tego ślubu, podobnie jak i jej dziadek, Noirtier de Villefort, który wręcz zagroził synowi, że wydziedziczy Walentynę i wszystkich członków rodziny, zaś cały swój (niemały zresztą) majątek zapisze na cele dobroczynne, jeśli dojdzie do tego małżeństwa. Gerard jednak nie przestraszył się tych gróźb i wyśmiał ojca, chociaż zdecydowanie jego zachowanie go zabolało, podobnie jak i Heloizę. Oboje starali się jednak przy mnie tego nie okazywać. Ja natomiast w rozmowie z nimi powiedziałem, niby to mimochodem, iż jestem zafascynowany najnowszym cudem techniki, czyli telegrafem. Państwo de Villefort zaproponowali mi zatem, abym odwiedził Linię Hiszpańską, jako najciekawszą ze wszystkich, czego dowodem miało być to, iż była ona najbardziej oblegana. Udałem się więc tam z radością. W mojej głowie narodził się bowiem genialny plan, który to zamierzałem zrealizować i to najszybciej, jak to możliwe. Odwiedziłem więc pracującego na Linii Hiszpańskiej telegrafistę i porozmawiałem z nim. Był to naprawdę bardzo sympatyczny staruszek. Jego jedyną pasją, której mógł się oddawać w przerwach między zajęciami, było ogrodnictwo. Wiedziałem doskonale, że w ten sposób właśnie mogę go podejść. Zagadałem go celowo w chwili, kiedy przesyłano do niego jakąś wiadomość, którą miał potem przekazać dalej. Zadbałem o to, żeby nie udało mu się jej dobrze usłyszeć ani zapamiętać. Gdy biedak rozpaczał z tego powodu, wówczas złożyłem mu propozycję nie do odrzucenia, a jako zachętę otrzymał ode mnie dużą sumę pieniędzy. Na tyle dużą, żeby mógł przejść na emeryturę, założyć w domu własny ogródek i już do końca życia móc się w nim sadzić rośliny. Ogromne wynagrodzenie oraz możliwość odpowiedniego jego wykorzystania, przekonały telegrafistę do współpracy ze mną, a kiedy się już do niej przekonał, to dałem mu kartkę z treścią, którą miał przesłać.
Następnego dnia cały Paryż dowiedział się o tym, iż Don Carlos, były król Hiszpanii, uciekł z więzienia, zaś w stolicy wybuchło powstanie popierające jego powrót na tron. Oczywiście, nie było to prawdą, ale nikt nie miał o tym pojęcia. Za to je wiedziałem doskonale, że Lucjan Debray, kochanek pani Herminii Danglars, dowiedziawszy się o tej rzekomo pewnej informacji, natychmiast doniesie o tym swojej bogdance, a ta z kolei swojemu mężowi. Dlatego też, na jakiś czas przed tym cyrkiem, zainwestowałem w hiszpańskie obligacje. Debray, który wszędzie wypatrywał dla Danglarsa dobre interesy, namówił go, żeby poszedł w moje ślady, jednak kiedy dowiedział się o rzekomym powstaniu, przerażony nakazał Herminii, aby ta ostrzegła męża o tym, co się stało. Biedny baron zaś natychmiast sprzedał niemal za bezcen wszystkie akcje hiszpańskie, które miał w swoim posiadaniu. Już kolejnego dnia wyszło na jaw, że wiadomość przekazana telegrafem była fałszywa, zaś ucieczki Don Carlosa oraz wspierającego go powstania nigdy nie było. Akcje hiszpańskie znów poszły na giełdzie w górę, zaś Danglars stracił milion franków.
Niedługo potem odbył się urządzony przeze mnie piękny bal w moim domu w Auteuil. Przybyli na niego Maksymilian Morrel, Danglars z żoną i panem Debray, państwo de Villefort, a także major Bartolomeo Cavalcanti ze swym rzekomym synem, wicehrabią Andreą Cavalcantim. Nie było tylko hrabiego de Morcerfa z żoną i synem, którzy z jakiegoś powodu nie mogli się u mnie zjawić. Dlatego też zadowoliłem się tylko tymi gośćmi, których było mi dane przyjmować. Na balu oficjalnie przedstawiłem wicehrabiego Cavalcanti wszystkim gościom. Prócz tego wspomniałem Danglarsowi, niby tak mimochodem, jak bardzo ów młodzieniec jest bogaty, ustosunkowany. Oczywiście nie uszło to uwadze naszego bankiera, który to już upatrzył sobie chłopaka na przyszłego zięcia. Podczas balu Bertuccio doznał potrójnego szoku. Najpierw w chwili, kiedy ujrzał panią Danglars. Rozpoznał w niej bowiem ową młodą mężatkę, Heloizę de Nargonne, która to była kochanką Villeforta. Nieco później dostrzegł on de Villeforta, co wywołało w moim biednym intendencie jeszcze więcej obaw. Przecież sądził, że ten nie żyje. Co prawda, gdy po części wtajemniczyłem go w swoje plany zemsty powiedziałem mu, że jeden z moich wrogów nazywa się de Villefort, jednak widocznie uznał, iż musi to być ktoś zupełnie mu nieznany o tym samym nazwisku, co jego dawny adwersarz. Teraz natomiast zrozumiał, jak bardzo się pomylił. Ja zaś na stronie wyjaśniłem mu, że Gerard w rzeczywistości przeżył zamach na swoje życie. Ale największy szok spotkał go wtedy, kiedy ujrzał na balu wicehrabiego Cavalcanti. Ku swojej rozpaczy odkrył, iż jest to Benedetto. Nakazałem mu milczeć oraz zachowywać się tak, aby nikt nie dowiedział się o jego odkryciach.
Tymczasem przyjęcie trwało w najlepsze. Zachwyciłem na nim moich gości mym dość ekstrawaganckim zachowaniem połączonym z prawdziwie wielkim przepychem. Następnie oprowadziłem ich po moim nowym domu. Podczas jego zwiedzania pani Danglars zasłabła i pani de Villefort musiała ją ocucić za pomocą otrzymanej ode mnie brucyny. Jakieś kilka minut później wprowadziłem ich do sypialni, której celowo nie udekorowałem tak, jak innych pokoi, zachowując ją w stanie surowym. Obserwowałem uważnie reakcję Villeforta oraz Herminii. Była ona dokładnie taka, jakiej się spodziewałem, czyli pełna przerażenia. Ja natomiast, napawając się ich lękiem opowiedziałem im historię, jak to tajemnicza kobieta rodzi dziecko swojego kochanka, ten zaś wmawia jej, iż ich dziecko urodziło się martwe, po czym wsadza je do skrzynki i zakopuje żywcem w ogrodzie tego domu. Opowiadając o tym zaprowadziłem moich gości do ogrodu, tam natomiast skłamałem, iż w chwili, kiedy zakupiłem ten dom, kazałem ogrodnikom przekopać ogródek, a ci znaleźli w nim skrzynkę ze szkieletem noworodka. Pani Danglars o mało nie umarła na zawał, słysząc moje słowa, zaś Villefort ledwo trzymał się na nogach tym bardziej, gdy na pytanie majora Cavalcanti, jakaż to kara we Francji spotyka dzieciobójców, Danglars odpowiedział mu, że obcina im się głowę. Ich reakcje sprawiły mi wielką przyjemność. Byłem z niej bardzo zadowolony. Mój plan zadziałał. Villefort poczuł, że zaczynam właśnie szykować dla niego trumnę i świadomość ta podwajała ból, jaki mu zadawałem i zamierzałem dalej zadawać.
Następnego dnia odwiedził mnie Danglars. Od chwili, w której to przegrał na giełdzie w sprawie hiszpańskich obligacji, w interesach powodziło mu się coraz gorzej. Wyraźnie chciał podreperować domowy budżet w typowy dla takich jak on sposób, wydając swe jedyne dziecko za mąż. Odwiedziwszy mnie, drogi pan baron zaczął wypytywać o wicehrabiego Cavalcanti. Wyraźnie go on interesował, co było mi bardzo na rękę. W rozmowie z Danglarsem zatem potwierdzałem wszystkie jego podejrzenia wobec tego panka, ale zapytałem jeszcze, co się stanie z Albertem de Morcerfem, wszak to przecież właśnie za niego miała wyjść Eugenia. Danglars jednak odpowiedział mi, że Albert nie jest dostatecznie dobrą partią chociażby dlatego, iż chociaż on i ojciec młodzieńca pochodzą z gminu, to jednak on, baron Danglars, może światu się pochwalić tym, iż nazywa się tak, jak się nazywa, czyli Danglars. Z kolei zaś pan hrabia de Morcerf nie używa prawdziwego nazwiska, gdyż brzmi ono Mondego. Powiedziałem wówczas, że słyszałem już co nieco o działalności Fernanda w Janinie, na co Danglars rzekł mi, iż on również, choć nie zna wszystkich szczegółów. Dałem mu więc namiary na moich znajomych z Janiny, od których to pan baron mógł poznać prawdę o człowieku napawającym go takim wstrętem. Oczywiście baron Danglars tak zrobił, a gdy już dowiedział się czegoś, zaraz opowiedział mi o tym. Ja zaś zabrałem się do dzieła. Podałem do gazety Alfonsa de Beauchampa (rzecz jasna anonimowo) zdobyte wiadomości i wkrótce miały one ujrzeć światło dzienne. A na razie odwiedził mnie Albert, który w imieniu swych rodziców zaprosił mnie na bal u nich. Zaproszenie przyjąłem, choć na swój sposób żal mi było młodzieńca. Miałem ośmieszyć jego ojca, a tym samym również i jego, którego już zdążyłem serdecznie polubić. Z bólem serca jednak muszę przyznać, iż wówczas nie interesowało mnie to w zupełności.
Zresztą sam miałem wtedy dość własnych problemów. Jacopo poprzez swoich ludzi (sam nawet nie wiem, skąd on ich wszystkich brał) doniósł mi, że Villefort zamierza wysłać kogoś zmyślnego, aby się o mnie jak najwięcej dowiedzieć. Był to efekt przedstawienia, które to urządziłem podczas balu w Auteuil. Gerard poczuł pętlę na swojej szyi i chciał się ratować. Wiedziałem jednak, że nikomu nie zaufa na tyle, aby powierzyć mu zbadanie mojej osoby i sam pójdzie w przebraniu policjanta. Dlatego musiałem dać mu informacje, jakie były dla mnie wygodne. Do akcji ponownie musieli wkroczyć ksiądz Busoni oraz lord de Wilmore. Najpierw Villefort odwiedził tego pierwszego. Przebranie moje było na tyle doskonałe, że pan prokurator nie rozpoznał we mnie hrabiego Monte Christo. Jako Busoni wmówiłem mu, iż interesujący go człowiek jest synem bogatego maltańskiego budowniczego okrętów. Do tego poradziłem mu odwiedzić lorda de Wilmore, choć uprzedziłem go przy tym, że lord jest osobistym wrogiem hrabiego i z pewnością nie wyrazi się o nim w sposób pochlebny. Villefort udał się więc do domu tego pana, czyli mnie. Ja zaś bardzo skutecznie wmówiłem mu, iż hrabia de Monte Christo zrobił majątek, odnajdując żyłę złota na Wschodzie, zaś dom w Auteuil kupił po to, żeby poszukiwać w jego pobliżu złóż drogich kamieni. Uspokojony tymi słowami pan de Villefort powrócił do siebie nie wiedząc, że dopiero teraz zaczynają się jego problemy.
Ja natomiast udałem się przy najbliższej okazji na przyjęcie do hrabiostwa de Morcerf. Ponieważ nie mogli zjawić się oni na balu, który ja niedawno wydałem, teraz chcieli się przede mną zrehabilitować. Od razu przyjąłem ich propozycję. Albert bardzo ucieszył się na mój widok, Fernand zachowywał się raczej obojętnie, z kolei zaś Mercedes wyraźnie miała wobec mojej osoby dosyć mieszane uczucia. Zastanawiałem się wówczas, czy naprawdę rozpoznała mnie, czy tylko jej się tak wydawało? Bo w końcu minęło już tyle czasu, zaś po dwudziestu trzech latach pamięć zaczyna szwankować, jednak nie w jej przypadku, jak się później okazało, gdyż... ale wtedy tego nie wiedziałem. Tamtego dnia oddawałem się zabawie wraz z innymi gośćmi, jednakże moje usta nie tknęły żadnego posiłku ani też żadnego napoju, które tam serwowano. Mercedes bardzo to poruszyło. Znała ona bowiem arabskie zwyczaje mówiące, iż jeśli dwoje ludzi podzieli się wzajemnie posiłkiem w jednym domu, to już na zawsze pozostaną przyjaciółmi. Tym bardziej, jeżeli gościa częstuje czymś gospodarz. Podeszła do mnie proponując mi jakiś owoc, ja z żalem jednak musiałem jej odmówić, chociaż trudno było mi podać jakiekolwiek rozsądne argumenty w tej sprawie. Mimo wszystko rozmawiało się nam obojgu dość przyjemnie, o ile oczywiście dwoje kochanków sprzed wielu lat może tak ze sobą rozmawiać.
Nieco później razem z Benedettem odwiedziłem dom Danglarsa. Pan baron oczywiście z radością przyjął ten fakt. Opowiedziałem mu wtedy co nieco o tym młodzieńcu wyrażając się o nim w superlatywach, ten zaś od razu upatrzył go sobie na przyszłego zięcia. Także do młodego Alberta de Morcerfa, który właśnie przyszedł odwiedzić pannę Eugenię, był co najmniej nie uprzejmy, żeby nie powiedzieć gorzej. Alberta jednak przejęło to tyle, co zeszłoroczny śnieg. Był on tak właściwie z tego zadowolony, gdyż wiedział, iż dzięki temu ma pretekst, aby nie musieć żenić się z dziewczyną, której nie tylko nie kochał, ale też i uważał za zbyt męską oraz zbyt inteligentną (obu tych cech Albert u kobiet bynajmniej nie cenił). Odwożąc go do domu, rozmawiałem z nim o sprawie jego małżeństwa, a także o kilku miejscach, jakie zwiedzaliśmy. Podczas tejże rozmowy Albert zapytał mnie, czy może odwiedzić Hayde i poznać jej jakże smutną historię, o której tak często wspominałem, choć bez wdawania się w zbędne szczegóły. Nie miałem nic przeciwko temu, jednakże przed tą rozmową poradziłem mojej podopiecznej, aby nie wyjawiła pod żadnym pozorem w swojej opowieści nazwiska człowieka, który zdradził jej ojca, gdyż ten młodzieniec, z którym będzie rozmawiać, to jego syn. Hayde spełniła moją prośbę i opowiedziała wicehrabiemu de Morcerfowi smutne koleje swojego losu, ale pomijając przy tym nazwisko tego Judasza, który stał się przyczyną wszystkich jej nieszczęść. Biedny Albert tak bardzo jej wtedy współczuł i jednocześnie też pomstował na owego zdradzieckiego, francuskiego oficera, nie mając przy tym pojęcia, że obraża własnego ojca.
Przyznam się, iż było mi wówczas nawet żal tego chłopca, w końcu za swoich rodziców nikt nie może odpowiadać, jednakże chęć zemsty na jego ojcu była zbyt wielka, żebym miał zmienić plany. Fernand Mondego, hrabia de Morcerf musiał zapłacić za swoje czyny, podobnie zresztą, jak baron Danglars i prokurator Gerard de Villefort. Jeśli do osiągnięcia tego celu musiałem zdeptać też ich potomstwo, to byłem gotów to zrobić. Dzisiaj przeraża mnie sama myśl o tym, wtedy jednak moje myśli i pragnienia były o wiele mniej łagodne. Wówczas byłem jedynie okrutnym aniołem sprawiedliwości, któremu całkiem obce są takie pojęcia jak współczucie czy wybaczenie. Zbyt mocno cierpiałem, abym umiał je okazywać. Dziś wiem, jakim byłem głupcem. Mam nadzieję, wielką nadzieję, że dobry Bóg kiedyś zdoła mi to przebaczyć. Czy jednak ktoś, kto nie znał litości dla innych, może na nią liczyć od Najwyższego?
Niech pan się zastanowi nad tym pytaniem, drogi panie Chroniqueur, kiedy będzie się pan dzisiaj udawał na spoczynek, albowiem na tym właśnie pytaniu zakończymy naszą dzisiejszą rozmowę.







Ale z tego hrabiego zmyślny człowiek, że tak wszystkich potrafił wykiwać. No, dosłownie wszystkich, których tylko napotkał na swojej drodze. Prawdziwy z niego mistrz kamuflażu i szczwany lis, który nie da sobie w kaszę dmuchać i uważam, że miał pełne prawo do zemsty, gdyż był przecież uczciwym człowiekiem i nie uczynił niczego złego, a mimo to został skazany na dożywotni pobyt w więzieniu za to, czego nie zrobił przez bandę takich nędznych, plugawych szumowin, dbających wyłącznie o własne interesy i dobre imię, a mających w pogardzie i poważaniu nawet własną rodzinę.
OdpowiedzUsuńHrabia jakby miał wyrzuty sumienia, że pragnął skrzywdzić również dzieci swych wrogów.
OdpowiedzUsuńBo jego wrogowie, te łowne zwierzęta, łatwo wpadli w pułapki, jakie na nie zasadził. Zgubiła ich chciwość i próżność.
Ciekawe, co opiszesz w nowym rozdziale?