sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 64

Rozdział LXIV

Opowieść hrabiego Monte Christo cz. IX - Pierwszy!


Ostatnim razem rozmawialiśmy o tym, w jaki sposób udało mi się podejść moich wrogów oraz zadać im kilka pierwszych ciosów i to w taki sposób, aby nie mogli się zorientować, że to ja jestem za to odpowiedzialny. Dzisiaj zaś odkryję przed panem, jaki los spotkał pierwszego z moich czterech wrogów. Słuchaj więc uważnie, drogi chrześniaku wielce szanowanego przeze mnie dziennikarza, abyś mógł mu tę relację dokładnie przekazać. Ze wszystkich moich bowiem przygód ta jest jedną z najważniejszych. Rzecz jasna zaraz za tymi, których udzielę panu w ciągu najbliższych trzech dni.
Wkrótce po wydarzeniach, o których wczoraj mówiłem, wiadomości, jakie zdobył dla mnie Danglars na Janinie, dotarły z moją skromną pomocą do gazety twojego szanownego ojca chrzestnego, panie Jeanie, Alfonsa de Beauchampa. Zadbałem wszak o to, aby wiadomości te były ogólnikowe. W gazecie napisano więc jedynie tyle, iż podczas słynnego powstania Greków o niepodległość, pewien francuski oficer o imieniu Fernand, służąc swego czasu na dworze Ali Tebelina, nie tylko zdradził go na rzecz Turków, ale też i osobiście go zamordował. Nie podano żadnych więcej szczegółów, nawet nazwisko tego nędznego Judasza pozostało tajemnicą, a ponieważ imię Fernand nosiło wielu mężczyzn w tamtych czasach, to tego podłego zdrajcy nie można było skojarzyć z bohaterem Janiny. Chociaż może się to wydawać sprzeczne z moimi planami, to jednak doskonale wiedziałem, co robię. Ludzie wszakże lubią do plotek dodawać sobie to, co im odpowiada, a więc pamiętając bohaterską przeszłość hrabiego de Morcerfa w Grecji, od razu wszyscy jemu przypisali dokonanie tego zdradzieckiego czynu. Wiedziałem, że na efekty mojego czynu nie trzeba będzie długo czekać. Nie pomyliłem się, bo już niedługo odwiedził mnie Albert de Morcerf, prosząc o moją pomoc. Okazało się bowiem, iż młodzieniec przeczytał artykuł swojego przyjaciela Alfonsa i oburzony jego treścią postanowił wyzwać Beauchampa na pojedynek, jednakże potrzebował do realizacji swojego celu sekundanta, który by mógł służyć w tej sprawie. Odpowiedziałem z wielką przykrością temu dzielnemu młodzieńcowi, że nigdy nie uchylam się od pojedynku, gdy już zostanę na niego wyzwany, ale też w ogóle do niego w żaden sposób nie dążę, ani nie pomagam w jego realizacji i to nawet jako sekundant. Poradziłem też Albertowi, aby odstąpił od całej tej sprawy, ponieważ może mu ona przynieść wiele przykrości.
Młody de Morcerf jednak nie zamierzał mnie słuchać i sam odwiedził Alfonsa de Beuachampa żądając od niego satysfakcji za artykuł, który ten biedak wydał w swojej gazecie. Twój ojciec chrzestny jednak, drogi panie Chroniqueur, zachował się tak, jak na szlachetnego i rozsądnego człowieka przystało. Oświadczył mu, że to nie on opublikował ten artykuł, a poza tym nie jest on zbyt mocno zaprawiony szczegółami, bo w końcu było w nim brak nawet nazwiska rzekomego zdrajcy. Alfons oświadczył, że w ciągu trzech tygodni dojdzie do sedna sprawy, a przez ten czas prosił o zwłokę. Albert z trudem wyraził na to zgodę. Jego gorąca krew paliła się do walki, jednakże zdrowy rozsądek oraz przyjaźń z twoim ojcem chrzestnym, panie Jeanie, zmusiła go do czekania. Aby o tym nie myśleć, odwiedził mnie i spędził ze mną trochę czasu. Obaj wyjechaliśmy do Auteuil, do mojego wiejskiego domu, żeby spędzić w nim czas z dala od wszelkiej polityki, jak również i nowinek z wielkiego świata. Nasze małe wakacje przerwało nam jednak pewne wydarzenie, którego nikt się bynajmniej nie spodziewał. Otrzymałem wtedy anonimowy list, w którym tajemniczy autor ostrzegał mnie, iż morderca zbiegły z galer zamierza napaść i obrabować mój dom. Natychmiast więc pożegnałem się z wicehrabią de Morcerfem, po czym wróciłem do Paryża, aby pochwycić złodzieja na gorącym uczynku. Służba zdziwiła się na mój widok, w końcu oczekiwała mnie znacznie później. Ja zaś, bez choćby jednego słowa wyjaśnienia, nakazałem im wszystkim opuścić dom. Zostałem jedynie sam z Alim, po czym obaj uzbrojeni czekaliśmy na bandytę, który miał mi złożyć wizytę. Nasze oczekiwania nie spełzły na niczym, gdyż zjawił się on około północy i nie był sam, ale ze wspólnikiem, który pozostał na czatach, gdy tajemniczy włamywacz wszedł do środka mojego domu i zaczął przeglądać szuflady w moim gabinecie. Już miałem zacząć działać, kiedy nagle dostrzegłem w blasku księżyca twarz tego nędznego niegodziwca. To był Kacper Caderousse, a towarzyszącym mu wspólnikiem był Benedetto.

 
Jak to możliwe, zapyta pan pewnie, panie Chroniqueur? Już udzielam panu wszystkich niezbędnych wyjaśnień.
Cała sprawa zaczęła się w chwili, kiedy Kacper Caderousse zaczął nachodzić Benedetta, żądając od niego wsparcia finansowego i to bynajmniej nie małego. Śledząc bowiem swego kompana z galer odkrył, iż obecnie żyje on jak wielki pan pod nazwiskiem wicehrabiego Andrei de Cavalcanti. Kacper uznał, że skoro taki nędznik jak Benedetto może korzystać z życia na całego, to czemu on nie miałby tego robić? Po balu, który urządziłem w Auteuil, Caderousse dopadł rzekomego wicehrabiego i zażądał od niego, aby ten płacił mu co miesiąc mały procent od tej sumki, jaką ode mnie otrzymał. W innym wypadku Kacper zamierzał iść na policję i złożyć donos na Benedetta. Podły ów młodzieniec zrozumiał, że znajduje się w pułapce, dlatego też zgodził się płacić mu dwieście franków miesięcznie licząc na to, iż w ten sposób będzie miał zapewniony spokój. Szybko jednak okazało się, że zachłanność ex-oberżysty jest zdecydowanie większa niż można było tego po nim się spodziewać. Caderousse wezwał na rozmowę Benedetta do oberży, w której się ukrywał, po czym podczas niej zażądał znacznie większej sumy, niż ją dotychczas od niego otrzymywał. Rzekomy wicehrabia Andrea de Cavalcanti pojął, iż jego „wspólnik” może go w każdej chwili wykończyć, więc postanowił uprzedzić czyn Kacpra i zaproponował, że da mu cynk na wagę złota. Tym cynkiem miał być właśnie mój dom na Polach Elizejskich. Benedetto bardzo dobrze wiedział o moim pobycie w Auteuil, dlatego też, gdyby tak Caderousse chciał mnie obrabować, to miałby ku temu wielką możliwość. Kacper zgodził się na to, Benedetto narysował mu plan mego domu, a przy najbliższej okazji wyruszył na złodziejską wyprawę. Nie spodziewał się jednak, że szantażowany przez niego człowiek okaże się być sprytniejszy niż go o to podejrzewał, ponieważ jeszcze tego samego wieczoru, gdy zaproponował Kacprowi napad na mój dom, Benedetto wysłał do mnie anonimowy list z ostrzeżeniem o szykującym się włamaniu.
Mój udawany wicehrabia nie bez powodu postąpił w taki oto sposób. Wierzył bowiem, że jestem jego biologicznym ojcem, ponieważ tylko w taki sposób umiał sobie wytłumaczył moją protekcję, jaką nad nim roztaczałem. Spodziewał się więc, iż spisałem na pewno testament, w którym wszystko mu przekażę w chwili mojej śmierci. Wysłał więc do mojego domu Caderousse’a wiedząc, że jest on gotów na wszystko, żeby tylko nie wrócić do więzienia, a następnie poinformował mnie anonimowo o całej sprawie. Nie jestem pewien, na co on liczył. Czy na to, że ja zabiję Caderousse’a jako włamywacza, uwalniając w ten sposób jego osobę od szantażysty? Czy może bardziej oczekiwał tego, iż zdesperowany Kacper mnie zasztyletuje, gdy tylko go przyłapię na kradzieży, po czym on sam zamierzał zabić Caderousse’a? Osobiście myślę, że to drugie, ponieważ w ten sposób za jednym zamachem zdobyłby wielki majątek, a także pozbyłby się człowieka, który jako jedyny mógł mu w tym przeszkodzić. Tak się jednak nie stało, gdyż plany moje oraz Boga były zupełnie inne.


Ledwo zorientowałem się w prawdziwej tożsamości włamywacza, a zaraz zmieniłem swoje zamiary. Wcześniej bowiem chciałem zastrzelić złodziejaszka tuż po przyłapaniu go na gorącym uczynku i z moimi pieniędzmi w ręku, ale w tej sytuacji postanowiłem postąpić nieco inaczej. Przebrałem się zaraz za księdza Busoniego, pod habit mnicha włożyłem mocną, metalową koszulkę, a następnie udałem się do mego gabinetu, gdzie nakryłem Caderousse’a na kradzieży. Kacper przerażony moim widokiem wręcz zamarł ze strachu. Ja zaś niczym mroczny anioł sprawiedliwości zażądałem od niego wyjaśnień, co tu robi i dlaczego. Poznałem z ust tego łajdaka historię opowiadającą o tym, w jaki sposób uciekł z galer razem z Benedettem, który teraz jako wicehrabia Andrea de Cavalcanti zamierza wżenić się w rodzinę barona Danglarsa. Oświadczyłem mu wówczas, że nie może do tego dojść i zażądałem od Caderousse’a, żeby natychmiast i na moich oczach napisał list, dzięki któremu baron dowie się, kto ma zostać jego zięciem. Kacper nie chciał tego zrobić, dobrze wiedząc, że w ten sposób straci w osobie Benedetta żywiciela, więc rzucił się na mnie z nożem, próbując mnie zabić, jednak nie udało mu się to - w końcu nie bez powodu założyłem pod habit metalową koszulkę. Wściekły już chciałem przez chwilę udusić tego łajdaka gołymi rękami, lecz nie byłem w stanie tego zrobić. Zmusiłem więc tego łotra, aby napisał podyktowany przeze mnie list do barona Danglarsa, po czym puściłem go wolno.
Proszę jednak nie mieć fałszywego mniemania o mojej osobie. W chwili, w której dokonywałem tego czynu, to nie kierowało mną żadne miłosierdzie, zresztą całkowicie mi w tej chwili obce. Wiedziałem doskonale, że Benedetto nie po to przybył z Kacprem na akcję, żeby mu pomóc, ale zabić go, gdy ten tylko opuści mój dom. Moje przeczucia nie myliły mnie i tak też się stało. Ledwo Caderousse przeskoczył przez mur mej posiadłości, a natychmiast Benedetto zaatakował go nożem i zadał mu nim kilka potężnych ciosów, po czym uciekł. Muszę jednak przyznać, że nie zrobił tego zbyt dokładnie, gdyż ten łajdak zaczął krzyczeć i narobił dużo hałasu. Wielka szkoda, ponieważ akompaniament wydobywający się z gardzieli tej kreatury był okropny, ale najwidoczniej temu młodemu łotrzykowi brakowało wciąż wprawy w zabijaniu, bo gdyby odpowiednio poderżnął gardło swojemu szantażyście, to ten nie zdążyłby krzyknąć. Tak się jednak nie stało, bo Kacper nie skonał na miejscu, zaś ja postanowiłem skorzystać z nadarzającej się okazji, jaką mi wtedy dał los i z mściwą satysfakcją kazałem Alemu przynieść umierającego Caderousse’a do domu, abym mógł jeszcze przez chwilę się nad nim poznęcać. Dałem mu kroplę brucyny, dzięki czemu łotr odzyskał przytomność, ale już nie było dla niego ratunku. Natychmiast powiedział mi, kim jest jego morderca oraz parę innych jeszcze rzeczy. Ja zaś z satysfakcją w głosie oświadczyłem temu łotrowi, który umierał na moich rękach, że to wszystko, co go spotkało jest tylko i wyłącznie karą Bożą za różne podłe czyny, dokonane przez niego przed wielu laty. Zażądałem od niego, aby ukorzył się przed Stwórcą i przyznał, iż był nędznikiem przez całe swoje życie. Caderousse odmówił mi, twierdząc, że Boga nie ma, wobec czego ja powiedziałem mu, że na pewno zmieni zdanie, gdy tylko dowie się, kim naprawdę jestem. Następnie usłyszał on moje prawdziwe nazwisko. Nazwisko, o którym na tak długo zapomniał. Nazwisko pewnego młodego marynarza, którego nienawidził ze zwykłej zazdrości i zawiści, a chociaż nie przyczynił się do jego śmierci, to jednak zmarnował naprawdę olbrzymią ofiarę, jaką mu ten człowiek uczynił, ofiarując diament wielkiej wartości. Nazwisko człowieka, który to z woli Boga porzucił zaświaty i teraz powrócił między żywych, aby się zemścić na tych, co go zniszczyli. Nazwisko, które mieli wkrótce poznać wszyscy pozostali przy życiu wrogowie hrabiego Monte Christo dopiero wtedy, gdy on zada im po kolei ostateczne ciosy. Nazwisko to brzmiało Edmund Dantes. Gdy Caderousse usłyszał je, to natychmiast przyznał mi z pokorą, że miałem rację, a Bóg rzeczywiście istnieje i słusznie pokarał go za jego czyny, po czym skonał na moich rękach. Ja zaś wstałem, po czym mrocznym głosem wypowiedziałem wówczas jedno, jedyne słowo, jakie miało posłużyć za całe epitafium tego niegodziwca: PIERWSZY.
Oto jak zginął pierwszy z moich czterech wrogów, panie Chroniqueur. Choć on ze wszystkich najmniej w mojej sprawie zawinił, to jednak jego podłe uczynki były nazbyt wielkie, aby karząca ręka Boskiej sprawiedliwości miała się nad nim ulitować. Niech panu nie będzie go żal, mój drogi Jeanie. A gdyby chociaż przez chwilę miał pan okazać temu łotrowi współczucie, to najpierw niech pan sobie przypomni biednego bankiera, którego ten oto nędznik z zimną krwią zamordował, wcześniej ofiarując mu gościnę. Niech pan sobie przypomni to zdarzenie, mój przyjacielu, a wówczas wszelka litość wobec tego szubrawca z pewnością opuści pańskie serce.
Jutro podczas następnej naszej rozmowy, dowie się pan w jaki sposób klęskę poniósł drugi z moich wrogów, czyli wszechpotężny hrabia Fernand de Morcerf.

2 komentarze:

  1. Dobrze się stało, że Kacper nie zmarł od razu po tym, jak został ugodzony przez Benedetta nożem, bo wówczas hrabia nie odniósłby satysfakcji wyjawienia mu swego prawdziwego nazwiska. Benedetto to też był szczwany i chytry lis, a do tego zbrodniarz jakich mało. Za jednym zamachem pragnął się pozbyć zarówno Kacpra, jak i hrabiego, mimo że ten dopomógł mu w ucieczce z galer i uczynił wielkim panem. Doprawdy trudno o większego i bardziej podłego niegodziwca, który nie potrafił odczuwać żadnej, choćby najmniejszej wdzięczności za to wszystko, co hrabia dlań uczynił.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nastał czas pomsty, drzyjcie więc ze strachu, wrogowie hrabiego.
    Jeden niegodziwiec zlikwidowany, czas na kolejnych.
    I tak nikt nie zwróci Edmundowi lat spędzonych w więzieniu, lat upokorzeń i cierpienia oraz tego, że został skazany za niewinność.
    Jak zawsze opisałeś wszystko bardzo barwnie i plastycznie, żywym językiem.
    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...