sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 65

Rozdział LXV

Opowieść hrabiego Monte Christo cz. X - Drugi!


Poprzednim razem poznał pan wszelkie szczegóły zniszczenia przeze mnie tego nędznego karalucha, Kacpra Caderousse’a, który chociaż w praktyce wobec mnie niczym nie zawinił, to jednak za wszystko, co zrobił, otrzymał jak najbardziej sprawiedliwą karę. Dzisiaj zaś dowie się pan, panie Chroniqueur, w jaki to sposób ukarałem mojego drugiego wroga, będącego zarazem i pierwszym z winowajców.
Porównałem swego czasu zemstę na moich wrogach do polowania i to na dziką zwierzynę. Wychodząc z tego założenia uznajmy zatem, że ustrzeliłem już atakującego mnie wściekłego psa, którego co prawda jakoś nie miałem wcześniej zamiaru zabijać, jednak ze względu na jego zachowanie oraz atak na moją osobę, pozbawiłem życia ręką jego wspólnika w zbrodni, na którego wszak także miała przyjść kolej. Oczywiście, gdybym chciał ukarać wszystkich łotrów i nędzników, którzy krzywdzą innych z czystej nienawiści, to nie starczyłoby mi na to życia, dlatego też postanowiłem skupić się jedynie na swoich osobistych wrogach, tym bardziej, że coraz bardziej oni wszyscy, niczym małe i bezbronne rybki wabione na przynętę, wpływali do mojej sieci. Wystarczyło zatem ją tylko wyciągnąć z wody w odpowiednim momencie. W przypadku zaś Fernanda Mondego, czy też hrabiego de Morcerfa, który w moich oczach był nędzną hieną strojącą się niczym paw w barwne piórka, sieć należało szybko podnieść, żeby ofiara nie zdołała mi umknąć. Tak też zrobiłem.
W tym przypadku kolejny raz pomógł mi wierny Jacopo. Na moje polecenie obserwował on Alfonsa de Beauchampa i doniósł mi, iż młodzieniec ten wybrał się do Janiny po informacje niezbędne dla wicehrabiego Alberta de Morcerfa, jednak wiadomości, jakie on tam zdobył, nie były wcale pomyślne, a wręcz przeciwnie. Dowodziły one bowiem niezbicie, że oficer Fernand Mondego, obecny hrabia de Morcerf, jest winien zdrady i zabójstwa Ali Paszy, a także sprzedaży jego rodziny Turkom w niewolę. Pan Beauchamp dostarczył te informacje Albertowi, jednakże ze względu na łączącą ich obu przyjaźń, nie opublikował ich w swojej gazecie, a ofiarował wicehrabiemu, który z miejsca je spalił. Jacopo sobie tylko znanymi sposobami, o które ja bynajmniej nie zamierzałem go pytać, dowiedział się o tym. Jego rewelacje wywołały na mojej twarzy jedynie uśmiech politowania wobec biednego Alberta, jak i również lekką satysfakcję. Ostatecznie przewidywałem to, iż pański ojciec chrzestny, drogi panie Chroniqueur, postąpi właśnie w taki, a nie inny sposób. Był on w końcu przede wszystkim przyjacielem Alberta, a w tamtych czasach przyjaźń miała większą wagę niż złoto. Ponieważ jednak spodziewałem się, że pan de Beauchamp nie wykorzysta zdobytych przez siebie informacji, tylko odda je wicehrabiemu de Morcerfowi, to z kolei łatwo domyśliłem się też tego, iż wicehrabia wiadomości te natychmiast zniszczy, żeby nikt się o nich nigdy nie dowiedział. Nie przewidział wszakże, że ja mam wobec tych rewelacji zupełnie inne plany. Na moje polecenie Jacopo w przebraniu, dostarczył do konkurującej z gazetą pańskiego ojca chrzestnego gazety wszystkie niezbędne wiadomości na temat działalności hrabiego de Morcerfa podczas jego pobytu na Janinie. Redaktor tej gazety nie miał bynajmniej żadnych skrupułów wobec ex-rybaka z Marsylii i bardzo chętnie opublikował te informacje. Zgodnie z moimi przewidywaniami cała sprawa ruszyła z miejsca w trybie natychmiastowym.

 
W tym samym właśnie czasie zaprosiłem wicehrabiego Alberta de Morcerfa na wspólną wycieczkę do Normandii, której ów sympatyczny młodzieniec nie miał jeszcze okazji poznać. Żywiłem nadzieję, iż miejsce to bardzo mu się spodoba i rzeczywiście tak się stało. Przed wyjazdem pozostawiłem moją drogą Hayde pod opieką Alego, Bertuccia oraz Jacopa, prosząc ich przy tym, aby czuwali nad nią i w odpowiednim momencie zaprowadzili ją razem do Izby Parów. Spodziewałem się bowiem, że pan hrabia de Morcerf zostanie postawiony przed sądem złożonym ze swych kolegów z parlamentu, a co za tym idzie, trzeba będzie jakoś udowodnić mu winę. Zeznania Hayde zyskają wówczas wartość najwyższą. Uprzedziłem, rzecz jasna, o tym wszystkim moją wychowanicę mówiąc, że oto nadszedł czas, żeby wyrównać rachunki z człowiekiem, który odebrał jej rodzinę i wolność. Hayde z radością oświadczyła wówczas, iż jest gotowa zadać temu łotrowi cios w samo serce. Kazałem jej więc czekać na odpowiedni moment, którego spodziewałem się już niedługo. I rzeczywiście, podczas naszego pobytu w Normandii, dostałem od Bertuccia telegram, w którym pisał on, że Izba Parów, po bardzo długich naradach, postanowiła postawić hrabiego de Morcerfa w stan oskarżenia. Przesłuchanie go w sprawie Janiny miało się odbyć już następnego dnia. Wysłałem zatem mojemu wiernemu słudze natychmiast wiadomość, aby wraz z Jacopem oraz Alim zabrał Hayde na proces razem z niezbędnymi dokumentami, które zdołałyby potwierdzić jej historię. Tak też się stało.
Nie będę przytaczał tutaj panu wszystkich szczegółów sądu nad Fernandem Mondego, gdyż na pewno moja żona oraz inne osoby dość dużo już panu o nim opowiedziały. Powiem tylko, iż trzeciego dnia pobytu w Normandii pański ojciec chrzestny wysłał do Alberta list oraz artykuł konkurencyjnej gazety, łączący jawnie nazwisko Fernanda z aferą Ali Tebelina. Albert natychmiast pożegnał się ze mną i powrócił do Paryża, gdzie poznał on pełną relację z przesłuchania (czy może raczej procesu) przed Izbą Parów, na którym to Hayde pogrążyła jego ojca. Zapalony i narwany młodzieniec natychmiast postanowił rozprawić się z człowiekiem, który doprowadził do tego wszystkiego, nie miał jednak pojęcia, kim on właściwie jest. Od Beauchampa dowiedział się, że to Danglars prowadził śledztwo w Janinie i to dzięki jego rewelacjom cała afera w ogóle się rozpoczęła. Wściekły młodzian natychmiast pognał do domu bankiera i grożąc mu pojedynkiem, zażądał od niego wyjaśnień. Danglars natomiast, śmiejąc mu się prosto w twarz, wyznał, że z całą sprawą miał jedynie tyle wspólnego, iż wszelkie wiadomości na temat tej afery zdobył on tylko za moją namową, a wręcz na moją wyraźną prośbę. Albert był załamany tym, co usłyszał. Ostatecznie przez cały ten czas uważał mnie za swego najlepszego przyjaciela, teraz zaś przekonał się, jak bardzo się mylił. Postanowił więc wyładować swój gniew na mojej osobie. Przyszło mu to tym łatwiej, że właśnie powróciłem z Normandii do Paryża. Albert pognał więc do mojego domu, aby mnie wyzwać na pojedynek. Służba jednak nie wpuściła go do środka, mówiąc mu, iż teraz odpoczywam, a jeżeli drogi pan wicehrabia chce mnie znaleźć, to będę wieczorem w operze na „Wilhelmie Tellu”. Wicehrabia de Morcerf wysłał więc najpierw listy do Franza d’Epinay, Lucjana Debraya, Alfonsa de Beauchampa oraz Maksymiliana Morrela z prośbą, aby wieczorem zjawili się w operze. Następnie opowiedział o wszystkim matce i pognał na spotkanie ze mną, nie wiedząc jednak, że Mercedes potajemnie śledziła go. Także jakiś czas później Albert niczym bomba z opóźnionym zapłonem, wpadł do mojej loży i głośno przy wszystkich zaczął mi ubliżać, a następnie wyzwał na pojedynek. Zniosłem to ze stoickim spokojem, gdyż w gruncie rzeczy żal mi było tego krewkiego młodzieńca. Skoro jednak tak bardzo chciał umrzeć w obronie honoru swego jakże żałosnego tatusia, to trudno. Postanowiłem mu to umożliwić i przyjąłem jego wyzwanie. Następnie zaprosiłem do swojej loży Maksymiliana, pytając go, czy on oraz jego szwagier zechcą zostać moimi sekundantami. Odpowiedział mi, że z największą przyjemnością, choć chęć zabicia przeze mnie krewkiego wicehrabiego de Morcerfa wydawała mu się zbyt okrutna. Ja jednak zamierzałem posłać Alberta na drugą stronę Styksu i z całą pewnością bym to zrobił, gdyby nie jedna osoba.

 
Po powrocie z opery, zacząłem od razu ćwiczyć strzelanie z pistoletu do kart. Wcześniej jeden z przyjaciół Alberta (chyba był to Alfons de Beauchamp, ale nie jestem pewien) z miejsca ustalił ze mną warunki pojedynku. Miał się on odbyć na pistolety, następnego dnia, na Polach Marsowych o świcie. Ponieważ byłem bardzo dobrym strzelcem, to spodziewałem się zwycięstwa, jednak dla pewności wolałem jeszcze potrenować. Moje ćwiczenia przerwało nagłe pojawienie się tajemniczego, niespodziewanego gościa. Była nim Mercedes. Domyślałem się, po co tu przyszła, jednak kiedy powitała mnie okrzykiem: „Edmundzie, nie zabijaj mi syna!”, broń wypadła mi z ręki, a serce zamarło na chwilę niczym zakute w lodzie.
W tej oto jednej chwili coś, do czego dotychczas miałem jak dotąd tylko przypuszczenia, teraz przerodziło się w całkowitą pewność. Mercedes rozpoznała we mnie Edmunda Dantesa, swojego niedoszłego męża. Jak mi potem wyznała, dokonała tego już w pierwszej chwili, gdy mnie ujrzała w Paryżu, kiedy Albert przedstawił nas sobie. Nie mogło być więc żadnych wątpliwości: Mercedes dobrze wiedziała, kim ja jestem. Dowiodła tego chociażby na przyjęciu, podczas którego częstowała mnie owocami i dziwiła się temu, że nie chcę ich jeść. Ja zaś głupi i zarozumiały człowiek zlekceważyłem to, uważając, iż moja była narzeczona tylko uważa mnie za kogoś podobnego do Edmunda. Tylko w najczarniejszych myślach przeczuwałem, że mogła mnie rozpoznać, ale tak prawdę mówiąc, jakoś nigdy tych podejrzeń nie brałem na poważnie. Teraz wyszło na jaw, jakim to było błędem z mojej strony.
Ale dlaczego, skoro mnie rozpoznała, nie podzieliła się tymi rewelacjami z mężem? Przecież mogła go ostrzec i być może uchronić przed tragedią, jaką dla niego szykowałem. Czy uchroniłaby go, tego nie wiem. Czy Fernand ostrzegłby wówczas Danglarsa i Villeforta przede mną? Wydaje mi się, że raczej nie. Może Danglarsa tak, jednak na pewno nie Villeforta. W końcu ani on, ani też ten nędzny utracjusz nie wiedzieli, jaką to rolę w moim cierpieniu odegrał syn bonapartysty Noirtiera. Oczywiście wiadomość o tym, kim ja jestem, mogłaby łatwo dotrzeć do Villeforta przez panią Danglars, z którą to łączył go kiedyś romans, ale osobiście mocno w to wątpię. Tak czy inaczej Mondego i Danglars mogliby zostać wtedy uprzedzeni o mojej osobie i mieć się przede mną na baczności. A czy wówczas zrezygnowałbym z zemsty? Na pewno nie. Czy wykonanie jej byłoby dla mnie o wiele trudniejsze? Z całą pewnością tak, jednak nie cofnąłbym się z raz obranej przeze mnie drogi, to również jest więcej niż pewne. Wciąż niewiadomym dla mnie pozostał fakt, dlaczego Mercedes nie ostrzegła męża przede mną. Może nie spodziewała się zemsty z mojej strony? Może nie miała pewności, że jestem tym, za kogo mnie ona bierze i pewność tę uzyskała dopiero w tych dniach, w których zniszczyłem jej męża? A może nigdy tak naprawdę nie kochała ona Fernanda? Podejrzewam, że Mercedes sama nie wie, dlaczego tak postąpiła wobec człowieka, który przez tyle lat był jej małżonkiem. Bez najmniejszych jednak wątpliwości pozostaje dla mnie pewność, dlaczego przyszła ona do mnie tamtej nocy. Chciała uratować w ten sposób swojego syna.
Po krótkiej chwili szoku, którego doznałem, kiedy Mercedes nazwała mnie moim dawnym imieniem, odpowiedziałem hrabinie de Morcerf, że jej Edmunda Dantesa już nie ma i że umarł on w zamku If, a jego ukochana zapomniała o nim, choć tak zażarcie deklarowała, iż nigdy tego nie zrobi. Mercedes płacząc, zaczęła opowiadać, jak to zawsze o mnie pamiętała, jak to ciężko jej było samej na świecie i dlatego tylko wyszła za Fernanda Mondego, jak to każdego dnia i każdej nocy porównywała mnie oraz jego, dochodząc do wniosku, że ja zawsze byłem lepszy itd. Jednym słowem, z jej ust potoczyła się cała seria pięknych kłamstw, w które przed laty byłbym jeszcze zdolny uwierzyć, w tamtej jednak chwili czułem do nich tylko pogardę, a jeżeli nawet uwierzyłem jej rewelacjom, to nie miało to dla mnie najmniejszego nawet znaczenia. Jej syn przecież wyzwał mnie na pojedynek, ja zaś obiecałem dotrzymać mu pola. Walka miała być na śmierć i życie, a ja bynajmniej nie zamierzałem ginąć, koniec tematu. Mercedes płacząc zapytała mnie, za co się mszczę na jej rodzinie i co oni mi takiego zrobili, że teraz niczym anioł zemsty uderzam w nich swoją bezwzględnością. Wówczas pokazałem jej zdobyty przeze mnie podstępem anonim, który to denuncjował mnie jako agenta Bonapartego. List ten napisał Danglars, a na pocztę zaniósł Fernand Mondego, zaś potem zastępca prokuratora Gerard de Villefort uznał go za pretekst do tego, aby dla ratowania swojej nędznej kariery wysłać mnie bez procesu na dożywocie do zamku If, gdzie spędziłem całe czternaście lat, podczas których mój biedny ojciec zmarł z głodu, zaś narzeczona poślubiła innego. Oto były powody mojej zemsty. Wysłuchawszy ich, Mercedes zrozumiała wreszcie, dlaczego uderzyłem w jej męża, ale wciąż nie rozumiała, czemu krzywdzę Alberta, który przecież nic mi złego nie zrobił. Na to odpowiedziałem, iż nawet Pismo Święte zaznacza, że za grzechy ojców synowie cierpieć mają aż do któregoś z rzędu pokolenia. Hrabina de Morcerf odrzekła mi na to wówczas, że przecież ta sama księga, na którą się powołuję, mówi również o wielkiej sile przebaczenia, jak również i o niekrzywdzeniu niewinnych. Załamany, nie wiedziałem już, co mam zrobić. Wiedziałem, że jeżeli nawet każę tej żałosnej, płaszczącej się u moich stóp kobiecie iść precz z mojego domu, to i tak nie zdołam już zabić Alberta. Powiedziałem więc, że jestem gotów oszczędzić jej syna, jednak oddając przy tym swoje własne życie. Mercedes natomiast, otrzymawszy ode mnie tę pewność, wróciła do domu. Gdybym wiedział, w jakim celu się tam udała, to nigdy nie potępiłbym jej tak, jak potępiałem w chwili, gdy zostałem sam.

 
Jako człowiek słowny i honorowy, zamierzałem dotrzymać raz danego słowa, choć nie zostało ono wypowiedziane przy żadnych świadkach i w każdej chwili mógłbym je bez skrupułów złamać. Nie mogłem jednak tego zrobić. Honor był dla mnie ważniejszy niż duma. Dlatego też usiadłem przy biurku i z miejsca napisałem dwa pisma. Pierwszy z nich to był list do Mercedes. Spodziewałem się, że nie zechce już teraz żyć z człowiekiem, który swoje szczęście kupił za zdrady oraz morderstwa. Napisałem jej więc, żeby udała się do Marsylii i zamieszkała w domu mego ojca, który obecnie należał do mnie. Wspomniałem także, w jakim miejscu niedaleko tego mieszkania, zakopałem przed laty dość dużą sumę pieniędzy. Była to suma przeznaczona na nasze życie po ślubie, teraz zaś należało ją wykorzystać w innym celu. Następnie z kolei sporządziłem testament, w którym zapisałem wszystko Hayde oraz poprosiłem Maksymiliana Morrela, aby zaopiekował się on moją wychowanicą, a jeżeli jego serce byłoby wolne, to żeby ją poślubił. Przy tej właśnie czynności zastała mnie Hayde, która oczywiście natychmiast przeczytała mój testament i całą zrozpaczona zapytała mnie, co on ma oznaczać. Uznałem, że szczerość się jej należy, powiedziałem więc prawdę. Hayde zaczęła wówczas płakać, rzuciła mi się na szyję i zapytała, czemu chcę ją opuścić. Odpowiedziałem, iż tak trzeba. Ona wówczas wyznała mi, że mnie kocha i zawsze mnie kochała. Choć kilka minut wcześniej podobne słowa mówiła do mnie Mercedes, to jednak w słowach mojej wychowanicy nie dostrzegłem ani śladu fałszu, jaki czułem w głosie hrabiny de Morcerf. Dlatego, gdy zaczęła mnie całować, nie protestowałem. Nie zrobiłem tego również, kiedy zaciągnęła mnie do sypialni i tam oddała mi coś, czego nigdy przedtem nie ofiarowała żadnemu mężczyźnie.
Cóż to była za noc, panie Chroniqueur. W jednej chwili zapomniałem o całym świecie, a wszystkim stały się dla mnie ramiona Hayde, jej ciało, jej głos, jej wzmocniony oddech na mej szyi, jej słowa wypowiadane z taką czułością, jaką to kobieta można tylko obdarzyć kochanka i to szczerze przez siebie podziwianego. Właściwie, to słowami nie da się tego opisać. Trzeba było po prostu być wtedy tej nocy mną lub nią, aby zrozumieć, co wtedy czuliśmy. Powiem jedynie tyle, że właśnie tej nocy została poczęta Marta, nasze słodkie oczko w głowie.
Niestety, po tej jakże cudownej nocy, nadszedł okrutny poranek. Załamany zostawiłem Hayde słodko śpiącą w łożu, lekko tylko przykrytą kołdrą, po czym ubrałem się i wyszedłem zostawiając na jej czole delikatny pocałunek. Przyjechali właśnie po mnie Maksymilian i Emanuel, obaj byli bardzo z siebie zadowoleni, ponieważ okazało się, że od sekundantów Alberta wydostali jak najlepsze warunki pojedynku, wskutek czego ja, jako osoba wyzwana oraz obrażona miałem prawo strzelać pierwszy. Odpowiedziałem im, że przemyślałem sobie dokładnie wszystko i zamierzam dać się zabić wicehrabiemu de Morcerf. Moi sekundanci nie byli w stanie tego zrozumieć, jednak nie podałem im powodów mojej decyzji, wobec czego obaj musieli ustąpić i nie zadawać mi zbędnych pytań. Pojechaliśmy więc wszyscy trzej na Pola Marsowe, gdzie zjawili się panowie Franz d’Epinay oraz Raul de Chateau-Renaud, czyli sekundanci Alberta. O dziwo, pojawili się również Lucjan Debray i Alfons de Beauchamp, których wicehrabia de Morcerf listownie poprosił o to. W końcu zjawił się sam Albert i z miejsca oświadczył nam, że nie zamierza się ze mną bić, gdyż chce mnie jedynie przy tych wszystkich świadkach przeprosić. Okazało się, iż Mercedes porozmawiała z synem i opowiedziała mu wszystko o podłej zbrodni, jakiej się dopuścił jego ojciec wobec mnie. Serce tego krewkiego, ale jakże szlachetnego kawalera zmiękło i pojął on, jakim nędznikiem był Fernand. Dlatego uznał, że walka w obronie jego honoru jest bezsensowna. Bez najmniejszych zatem skrupułów przeprosił mnie i podał mi dłoń na zgodę. Ja zaś z największą przyjemnością uścisnąłem ją. Obaj obiecaliśmy sobie dozgonną przyjaźń, po czym rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę.
Ja i moi sekundanci powróciliśmy do swoich domów. Emanuel wysiadł wcześniej, Maksymilian natomiast towarzyszył mi nieco dłużej, ponieważ chciał odwiedzić pewną bliską sobie osobę. Wyznał mi, że jest to Walentyna de Villefort. Przerażony spojrzałem wówczas na niego i zapytałem, czy chodzi mu o córkę Gerarda, człowieka, którego ja serdecznie nienawidziłem. Gdy upewniłem się, że tak jest, powiedziałem mu, iż dziewczyna ta pochodzi z przeklętego oraz podłego rodu, także miłość do niej może mu przynieść tylko kłopoty. Maksymilian jednak oświadczył mi, że szczerze kocha Walentynę i nie zamierza z niej zrezygnować, nawet mimo moich słów. Pojąłem wówczas, jak strasznie postępowałem. Chciałem śmierci dzieci mych wrogów, co miało być odpłatą za śmierć mego ojca, jednak teraz pojąłem, że krzywdząc je, krzywdziłem też bliskie sobie osoby, bo przecież, jeśli zgodnie z moimi przewidywaniami Walentyna zostałaby otruta przez swoją podłą macochę, to wówczas zabiłbym Maksymiliana, który nie byłby w stanie tego znieść. Załamany powiedziałem młodzieńcowi więc, żeby żył dla swej miłości, po czym wróciłem do domu żegnając się z nim. Tam radośnie powitała mnie Hayde, której to obecność ukoiła moje biedne nerwy. Nie dane nam było jednak zbyt długo cieszyć się sobą, ponieważ w moim domu zjawił się ktoś, kogo najmniej się tu spodziewałem - Fernand Mondego.

 
Tak, właśnie sam Fernand Mondego, hrabia de Morcerf. Człowiek, którego niedawno zniszczyłem ujawniając aferę z Alim Paszą. Dowiedział się on właśnie, że jego syn nie tylko nie bronił jego honoru w walce ze mną, ale również podał mi rękę, przeprosił mnie i nazwał swoim przyjacielem. Dla Fernanda była to kolejna hańba, której nie był w stanie znieść, dlatego też oświadczył gotowość zmycia jej moją krwią podczas pojedynku sam na sam. Był gotów walczyć ze mną teraz i zaraz, na osobności i bez żadnych świadków. Zgodziłem się na to z przyjemnością. Zdjęliśmy surduty, a ja ściągnąłem ze ściany mojego gabinetu dwa kordelasy i dałem mu do ręki jeden z nich. Walka między nami była krótka, ale zażarta. Po bardzo ostrej wymianie ciosów rozbroiłem go i chciałem zabić. Uznałem jednak, że to dla niego zbyt lekka kara, poza tym nie chciałem sobie brudzić rąk jego krwią i kazałem mu się wynosić. On jednak odmówił wyjścia z mojego domu i zażądał, abym go zabił, bo on dłużej nie jest w stanie żyć. Popatrzyłem na niego z pogardą i ponownie kazałem mu wyjść. Wówczas on zapytał mnie, za co go tak prześladuję i co złego mi uczynił, że się na nim tak mszczę? Z przyjemnością więc wyszedłem na chwilę, po czym powróciłem ubrany w mundur marynarza statku handlowego „Faraon”. Fernand od razu mnie rozpoznał, a gdy jeszcze odpowiadając na jego pytanie, podałem mu swoje powody do zemsty, zrozpaczony, krzycząc dziko moje nazwisko, wybiegł z mego domu.
Nigdy więcej go nie widziałem, a następnego dnia przeczytałem w gazecie artykuł o jego samobójczej śmierci. Okazało się, że po powrocie do domu odkrył, iż jego żona oraz syn, w których ramionach zamierzał znaleźć pociechę i ukojenie, opuścili go i to bez najmniejszego słowa wyjaśnienia. Załamany oraz zhańbiony hrabia de Morcerf wyjął więc z biurka pistolet i strzelił sobie w głowę. Gdy służba go znalazła, już nie żył, także wezwany na pomoc lekarz nie zdołał już tego łotra uratować. Sprawiedliwości więc stała się zadość. Ten oto podły człowiek, który zdradził Francję na rzecz Anglików, który zdradził Hiszpanię na rzecz Francuzów, który zdradził i zamordował Ali Tebelina, zaś jego rodzinę sprzedał w niewolę, który całą swoją wielką karierę zbudował na kłamstwach, zdradach i oszustwach, przestał już istnieć. Po raz kolejny sprawiedliwość odniosła naprawdę miażdżące zwycięstwo, które ja, przeczytawszy ten artykuł, skwitowałem jednym mrocznym słowem: DRUGI!
Na tym zakończymy dzisiejszą część mojej opowieści. Jutro dowie się pan, w jaki sposób ukarany został mój trzeci wróg, Gerard de Villefort.

2 komentarze:

  1. No tak, hrabia w końcu pojął i zrozumiał to, iż nie powinien się mścić na potomkach swoich wrogów, gdyż oni przecież niczemu nie zawinili. Trochę późno, ale zrozumiał, a Fernanda ukarał w bardzo przemyślny sposób, nie zamierzając plamić się morderstwem. Sprawił, że Mondego sam ostatecznie postanowił ze sobą skończyć, dzięki czemu sprawiedliwości stała się zadość, a hrabia nie stał się mordercą. No i trzeba przyznać, że chciał postąpić bardzo szlachetnie, godząc się na śmierć z ręki Alberta.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze, że hrabia i młody Albert doszli do zgody.
    Hyde okazała się dla hrabiego kimś więcej niż tylko wychowanką, czy też plastrem na rany zadane przez Mercedes, ale okazała się też kobietą jego życia, matką słodkiej Martusi.
    Nie żal mi wcale pana Morcerf, że wszyscy go opuścili, nawet żona i syn, na to co na sobie w pełni zasłużył.
    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...