Opowieść hrabiego Monte Christo cz. XI - Trzeci!
Poprzednim razem opowiedziałem panu, panie Chroniqueur, w jaki to sposób zniszczyłem drugiego z moich czterech wrogów, Fernanda Mondego, hrabiego de Morcerf, generała i para Francji. Po jego samobójczej śmierci mogłem już śmiało stwierdzić, że wykonałem połowę zadania, jakie wyznaczyli mi Bóg oraz dawny Edmund Dantes. Co prawda, miałem przez pewien czas poważne wątpliwości, czy rzeczywiście Najwyższy jest ze mną. Ostatecznie po wizycie Mercedes błagającej o to, abym oszczędził jej syna, byłem gotów dać się zabić i przerwać realizację misji, którą to wziąłem na swoje barki. Myślałem wtedy, że to On daje mi do zrozumienia, że powinienem zejść ze sceny dziejów tego świata, ale gdy Albert mnie przeprosił i zawarł ze mną wieczną przyjaźń, zaś ja ocaliłem swój nędzny żywot, wówczas zrozumiałem, iż to sam Bóg mnie oszczędził, abym wypełnił jego wolę ukarania niegodziwców tego świata, a moja misja jest jak najbardziej przez Niego wspierana. Uznałem jednak również, że skoro sam Najwyższy okazał łaskę mnie grzesznemu, to przecież tym bardziej ja, grzeszny człowiek, nie powinienem pozostawać bezlitosny wobec innych ludzi. Rzecz jasna, to wcale nie oznaczało pozostawienie moich wrogów w spokoju. Zrozumiałem wówczas naprawdę bardzo wiele spraw, o których wspominałem panu ostatnio. Rozmowa z Maksymilianem pomogła mi zrozumieć, jak ogromny grzech chciałem popełnić, poświęcając na ołtarzu swojej zemsty dzieci moich wrogów. Biedne, niewinne potomstwo, które nigdy nic złego mi nie uczyniło. Musiałem z tego planu zrezygnować. Musiałem, bo zrozumiałem, że tędy nigdy nie powinna wieść moja droga.
W tym oto postanowieniu utwierdziła mnie wizyta Maksymiliana Morrela, która to miała miejsce następnego dnia po opisywanych przeze mnie poprzednio wydarzeniach. Dwóch moich wrogów już nie żyło, natomiast ja mogłem dalej kontynuować swoją misję i to ze świadomością, że osoby, na których spokój oraz bezpieczeństwo dybałem niczym jaki drapieżnik, nie mają najmniejszego pojęcia o tym, kim jestem i co dla nich szykuję. Mogłem działać spokojnie.
Jak już mówiłem, moje rozmyślania przerwało nagłe zjawienie się u mnie Maksymiliana Morrela. Biedny ten młodzieniec powiedział mi, iż odwiedził on Walentynę de Villefort i ku swemu przerażeniu odkrył, że jest ona ciężko chora. Podczas rozmowy z nim zasłabła, po czym nieprzytomna upadła na podłogę. Maksymilian wyznał mi również, że podsłuchał on rozmowę, którą to niedawno prokurator Gerard de Villefort odbył z lekarzem swojej rodziny. Z rozmowy tej wynikało, że ktoś otruł dziadków Walentyny, czyli markizów de Saint-Meran. Prokurator zaś, bojąc się skandalu, który to niechybnie zrujnowałby go w oczach opinii publicznej, zabronił mu powiadamiać policji oraz wszczynać śledztwa w tej sprawie, a teraz również na to nie pozwala, choć życie jego córki jest poważnie zagrożone.
Opowieść ta przeraziła mnie bardziej, niż można było się tego spodziewać. Do niedawna jeszcze cieszyłbym się na wieść o śmierci Walentyny, jednak teraz byłem równie porażony tym faktem, co mój młody przyjaciel. Łatwo pojąłem, kto usunął z tego świata państwa de Saint-Meran i teraz dybie na życie ich wnuczki. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, iż inspiratorką tych wszystkich ataków trucicielskich jest pani Heloiza de Villefort, ta parszywa modliszka. Przyznam się jednak z bólem serca, że jeszcze przez chwilę odezwała się we mnie dawna natura i byłem gotów powiedzieć synowi mojego dawnego pryncypała, żeby darował on sobie miłość do tej dziewczyny. Zdaje się, że nawet mu o tym wspomniałem, jednak widząc, jak wielkie cierpienie mu tym zaznaję doznałem takiego szoku, że natychmiast moja dobra strona wzięła górę nad tą złą. Możliwe, że tak właśnie było. Niestety, nie pamiętam wszystkich szczegółów tej rozmowy, w końcu to było tak dawno. Wiem jednak z całą pewnością, że kiedy upewniłem się, iż uczucie Maksymiliana do panny Walentyny jest rzeczywiście szczere i wielkie, niemalże takie samo jak to, które ja kiedyś czułem do Mercedes (a może nawet i większe), wówczas obiecałem temu biednemu młodzieńcowi, że zrobię wszystko, aby ocalić jego ukochaną. Jeszcze tego samego dnia dom naprzeciwko posiadłości państwa de Villefort wynajął ksiądz Busoni, który skrupulatnie zabierał się każdego wieczoru za obserwowanie poczynań Heloizy.
Przez trzy dni nie wydarzyło się nic, co byłoby godne wzmianki w mojej opowieści. Potem jednak miały miejsce coś bardzo ciekawego, to znaczy oficjalnie zaręczyny panny Eugenii Danglars i wicehrabiego Andrei Cavalcanti. Nasz drogi bankier postanowił szybko wydać córeczkę za mąż, spodziewając się, że przyszły zięć pomoże mu wyjść z kłopotów finansowych. Nie obchodziło go w ogóle to, iż córka nie chce zostać żoną wybranego przez niego mężczyzny, a prawdę mówiąc czuje ogólnie do całej naszej płci swego rodzaju urazę, aby nie powiedzieć, wręcz wstręt. Danglarsa zresztą obchodziło zawsze tylko i wyłącznie jego własne dobro, dlatego też potratowanie swojego rodzonego dziecka jako karty przetargowej do zabezpieczenia własnej przeszłości było dla niego czymś zupełnie normalnym, jednak nie dla mnie. Ja miałem bowiem własny plan działania.
Ponieważ Edmund Dantes został aresztowany w dniu swoich zaręczyn, to jego wróg powinien zostać ukarany również podczas podobnej uroczystości. Skoro jednak to nie Danglars miał wstąpić w związek małżeński, lecz jego córka, właśnie ten dzień uznałem za odpowiedni do działania. Wcześniej zadbałem o to, żeby list z wyznaniem Caderousse’a o tym, kim tak naprawdę jest wicehrabia Cavalcanti, trafił we właściwe ręce. Jak to zrobiłem? Po prostu włożyłem go do kamizelki zabitego Caderousse’a, żeby żandarmi, badający okoliczności jego śmierci, mogli go znaleźć. Gdy tak się stało, natychmiast złożyli papier w ręce Villeforta, ten zaś podjął odpowiednie kroki. Może to niezbyt honorowe z mojej strony, jednakże z największą przyjemnością powiedziałem o tym wszystkim Danglarsowi podczas uroczystości zaręczyn jego córki z rzekomym Andreą. Powiedziałem mu, że przy oględzinach zwłok Caderousse’a znaleźli list adresowany do niego, a w liście tym była mowa o jego przyszłym zięciu. Baron był w szoku, kiedy usłyszał ode mnie tę wiadomość, jednak nie zdążył mnie zbyt dobrze o to wszystko wypytać, gdyż po chwili na przyjęciu zjawili się dwaj żandarmi z rozkazem aresztowania Benedetta. Gdy Danglars zaczął pytać o szczegóły, to ci ujawnili przed nim fakt, że rzekomy wicehrabia Andrea Cavalcanti to w rzeczywistości Benedetto, morderca zbiegły z galer. Sam zainteresowany nie czekał grzecznie na to, aby zostać aresztowanym i uciekł, korzystając z tego, że nikt na niego nie patrzy. Dopiero później został ujęty w przydrożnej gospodzie, w której notabene zatrzymała się również jego niedoszła małżonka ze swą przyjaciółką, tuż po swojej ucieczce z domu. Panna Eugenia bowiem po hańbie, jaka spadła na głowę jej i Danglarsa, udała się w podróż po świecie wraz ze swą nauczycielką muzyki i najlepszą przyjaciółką zarazem, żeby zrobić karierę artystki. Nie wiem jednak, czy słowo „przyjaźń” jest tu adekwatne, gdyż pannę Eugenię oraz pannę Ludwikę łączy uczucie podobne do tego, jakimi Safona darzyła inne przedstawicielki swojej płci. Ale nie mnie oceniać słuszność tych uczuć, czy chociażby ich moralność w tym świecie. Tak czy inaczej obie panie postanowiły zostać artystkami i udało im się to. Z tego, co wiem, do dzisiaj cieszą się zasłużoną sławą.
Wracając jednak do tematu naszej opowieści, pragnę zauważyć, że każdego wieczoru czuwałem nad Walentyną i pilnowałem, aby nie wypiła ona trucizny, którą to próbowała ją uraczyć jej macocha. Trzy wieczory pod rząd wkradałem się za pomocą drabinki sznurowej do domu Villefortów i wylewałem truciznę, którą ta oto podła kobieta zamierzała podać swojej pasierbicy. Czułem się współwinny temu, co się działo, gdyż przecież to ja dałem Heloizie brucynę. Głęboko w sercu uważałem, iż jestem odpowiedzialny za to, co się stało - tak jakbym sam zabił państwa de Saint-Meran. Na swoje usprawiedliwienie powiedzieć mogę, że nawet bez mojej interwencji pani de Villefort i tak by zrobiła to, co zrobiła. Miałem na to niezbity dowód zdobyty przez te ostatnie trzy dni, w których czuwałem nad biedną Walentyną. Heloiza widocznie dowiedziała się, że pan Noirtier w tajemnicy przed wszystkim uodpornił swoją wnuczkę na działanie brucyny, dlatego też zaczęła nagle serwować jej jakiś nieznany mi wcześniej narkotyk o zabójczym działaniu. Trzykrotnie zdołałem na czas opróżnić szklankę z trucizną, jaką zostawiała Heloiza na stoliku nocnym swej pasierbicy, jednak doskonale wiedziałem, iż nie zdołam tego robić w nieskończoność. Więc pomyślałem sobie tak: ta wiedźma wiecznie będzie zamieniać zostawiane przez doktora lekarstwo dla dziewczyny na specyfik swojej produkcji i z całą pewnością nie spocznie, dopóki nie osiągnie celu. Było to dla mnie jasne, bo w końcu przecież nie po to ta swoista Lady Makbet posunęła się w bilansie zbrodni aż tak daleko, aby się teraz wycofać. Musiała dokończyć swego dzieła albo umrzeć. Choć obiecałem sobie być wyrozumiałym i litościwym wobec ludzi nie będących moimi osobistymi wrogami, to jednak wobec Heloizy byłem gotów na najwyższą surowość. Przyznam się panu, że postanowiłem wówczas bez najmniejszych skrupułów posłać ją na gilotynę i wiedziałem, w jaki sposób tego dokonać. Miałem już plan działania, więc nie zostało mi nic innego, jak tylko go zrealizować.
Czwartej nocy mego czuwania obudziłem Walentynę i powiedziałem jej, jakie to rzeczy się dzieją w domu pana prokuratora. Nie chciała mi w to uwierzyć, ale potem nakazałem dziewczynie udawać, że śpi, aby mogła na własne oczy się przekonać, kto chce ją otruć. Posłuchała mnie i ku swojemu wielkiemu zdumieniu ujrzała Heloizę, jak ta zamienia lekarstwo od lekarza na truciznę swojej własnej produkcji. Ja przez ten czas byłem ukryty w bezpiecznym miejscu i wyszedłem z niego dopiero wtedy, kiedy pani Heloiza de Villefort opuściła sypialnię pasierbicy. Zrozpaczona Walentyna przez chwilę nie wiedziała, co ma powiedzieć. Była w szoku. Wyjaśniłem jej motywy postępowania Heloizy. Powiedziałem, że truje ona wszystkie osoby, które stoją na drodze Edwardkowi do zdobycia olbrzymiego majątku państwa de Saint-Meran oraz pana Noirtiera. Dziewczynie zrobiło się żal swojego młodszego braciszka, ponieważ to w jego imieniu były popełniane tak potworne zbrodnie, jednak nie umiała potępić macochy, uważając, że jedyną jej winą jest to, iż źle pojmuje matczyną miłość. Ja zaś powiedziałem Walentynie, jaki mam plan. Ponieważ jej macocha nie zamierzała zrezygnować z prób otrucia pasierbica i była gotowa na wszystko, musiałem podjąć odpowiednie kroki. Dałem Walentynie do wypicia pewien specjalny środek, który nie tak dawno udało mi się stworzyć. Wyjaśniłem Walentynie, że dzięki temu likworowi ona zaśnie i będzie wyglądała na martwą. Oczywiście zostanie wtedy złożona do grobowca rodzin de Villefort oraz de Saint-Meran, a wówczas ja ją z niego wydobędę i oddam szczerze kochającemu ją Maksymilianowi Morrelowi, nie omieszkując przy okazji również udowodnić winę jej macochy. Walentyna, mimo pewnych obaw, postanowiła mi zaufać, toteż wypiła podany przeze mnie środek. Truciznę ze szklanki wylałem oczywiście do kominka, pozostawiając jedynie jej resztki.
Następnego dnia wszyscy w domu odnaleźli nieprzytomną dziewczynę i przerazili się myśląc, że ona nie żyje. Pierwsza pokój pasierbicy, ma się rozumieć, odwiedziła Heloiza, która z miejsca usunęła dowód swej zbrodni w postaci resztki trucizny, a szklankę dokładnie wymyła. Ja jednak po cichu zdążyłem się w nocy dobrać do zapasów pani de Villefort i kiedy tylko usunęła dowód swojej zbrodni, ja pozostawiłem na nocnym stoliku Walentyny nową szklankę napełnioną trucizną. Kiedy więc Gerard w towarzystwie doktora znalazł swą rzekomo zmarłą córkę, to wypatrzył również ów płyn. Lekarz z łatwością rozpoznał w nim truciznę. Heloiza przerażona zemdlała widząc, co się dzieje. Prokurator zaś rozumiejąc, iż nie ma dla jego córki już ratunku, wezwał ojca Busoniego, żeby ten odprawił nad Walentyną ostatnie sakramenty. Niestety, tego samego dnia w domu de Villefortów zjawił się Maksymilian i widząc rzekomą śmierć swojej ukochanej, załamał się. Zrozpaczony Gerard kazał mu odejść nie wiedząc, kim ten młodzieniec jest, on jednak wrócił z Noirtierem i wyjawił, że był narzeczonym Walentyny oraz bardzo ją kochał, co sparaliżowany staruszek potwierdził. Gerard przyznał, iż chłopak jest mu bardzo bliski, ponieważ teraz ich obu łączy to samo cierpienie. Maksymilian zaczął błagać ojca swej ukochanej, aby ukarać sprawcę jej śmierci. Noirtier z pomocą wiernego sługi dał synowi do zrozumienia, iż wie, kto odpowiada za śmierć Walentyny. Poprosił Gerarda na chwilę rozmowy na osobności, podczas której wyznał mu wszystko, co wie o tej sprawie, a wiedział o niej bardzo dużo. Prokurator pojął wreszcie, że to jego żona jest morderczynią, jednak wrodzona chęć do uniknięcia za wszelką cenę skandalu sprawiła, iż nie był zdolny wydać Heloizy policji. Wrócił z Noirtierem po rozmowie, jaką obaj odbyli, po czym powiedział Maksymilianowi, doktorowi i mnie, że zna już nazwisko sprawcy, lecz prosi, aby na razie zachować całą sprawę w sekrecie. Ja zaś, gdy tylko pozostałem z Noirtierem sam na sam, powiedziałem mu, że jego wnuczka żyje, lecz jest pogrążona w letargu, a także dałem mu zapewnienie, iż Heloizę spotka zasłużona kara. Z trudem, bo z trudem, ale biedny staruszek mi uwierzył.
Jeszcze tego samego dnia, ale jako hrabia Monte Christo odwiedziłem barona Danglarsa, który właśnie podpisywał pięć czeków, a każdy z nich był wystawiony na sumę miliona franków. Były to pieniądze, jakie miał on przekazać na pewien szpital i chyba też sierociniec. Postanowiłem bardziej pognębić szanownego pana barona i powołując się na pozwolenie brania od niego kredytu nieograniczonego powiedziałem mu, że chciałbym teraz pożyczyć sobie te pięć milionów. Danglars przeraził się, ponieważ wiedział, co powie opinia publiczna, gdy wyjdzie na jaw, że przekazał pieniądze przeznaczone na szpital prywatnej osobie, nie chcąc jednak stracić w moich oczach spełnił moją prośbę, zaś przedstawicielowi szpitala, który go odwiedził zaraz po mnie, obiecał zapłacić później. Wiedział jednak, że wpadł teraz w błędne koło. Aby spłacić szpital, musiałby zabrać pieniądze kogoś innego, ale jemu zwrócić tych pieniędzy nie mógłby, bo już nie miał z czego. Dzięki memu podstępowi nie był w stanie spłacić wszystkich ludzi, którzy powierzyli mu swoje majątki, dlatego też uznał, że jest tylko jedno wyjście z tej sytuacji. Wziął te pięć milionów przeznaczone dla szpitala i jeszcze tej samej nocy uciekł do Rzymu, pozostawiając swojej zrozpaczonej żonie list pełen fałszu i cynizmu. Ja jednak nie przejąłem się tym. Wiedziałem, że chociaż Danglars na razie uciekł, to i tak go dopadnę. Na moje polecenie Luigi Vampa ze swymi bandytami pilnowali Wieczne Miasto, aby pochwycić w nim pana barona. Przygotowałem bowiem dla niego coś naprawdę wyjątkowego.
Następnego dnia po tych okropnych wydarzeniach, odbył się miejsce pogrzeb Walentyny. Jako ksiądz Busoni brałem wraz z nim udział obserwując jednocześnie zachowanie Maksymiliana Morrela. Bałem się wtedy, że młodzieniec zrozpaczony domniemaną śmiercią swojej ukochanej, zechce sobie coś zrobić. Dlatego też, po ceremonii pogrzebowej przybrałem ponownie postać hrabiego de Monte Christo i natychmiast udałem się do domu Morrelów. Zastałem tam zrozpaczonych Julię i Emanuela, którzy powiadomili mnie, że Maksymilian wrócił załamany, po czym zamknął się w gabinecie i nie chce z niego wyjść. Przerażony pobiegłem tam, wyłamałem drzwi, po czym w ostatniej chwili wyrwałem młodzieńcowi broń z ręki. Maksymilian był wściekły. Wypomniał mi wtedy to, iż obiecałem mu ocalić Walentynę, a nie zrobiłem tego, w dodatku ośmielam się go powstrzymywać przed odejściem w zaświaty. Zapytał, jakim prawem to robię. Wówczas odpowiedziałem mu, że robię to dlatego, iż to właśnie ja swego czasu ocaliłem jego ojca, Piotra Morrela od bankructwa i śmierci. Wyznałem mu również, że naprawdę nazywam się Edmund Dantes. Maksymilian z radością wyjawił to wszystko swojej siostrze i szwagrowi, którzy zaraz padli przede mną na kolana, po czym całując moje dłonie dziękowali mi za to, co dla nich zrobiłem. Ja natomiast porozmawiałem sobie na osobności z Maksymilianem. Powiedział mi on, że nie wyobraża sobie życia bez Walentyny, ja zaś poprosiłem go o to, aby nie próbował targnąć się na swoje życie aż do końca miesiąca. Jeśli wówczas nadal będzie chciał umrzeć, to obiecałem mu w tym pomóc. Maksymilian zgodził się, chociaż widziałem, z jakim trudem mu to przyszło.
Tego samego dnia byłem świadkiem, jak Albert żegna się z matką. Biedny chłopak postanowił w jakiś sposób przywrócić dobre imię swojej rodzinie, dlatego też przyjąwszy panieńskie nazwisko swej matki wstąpił do spahisów i wyruszył na statku do Afryki. Obserwując to, postanowiłem w duchu zrobić wszystko, żeby pomóc temu szlachetnemu młodzieńcowi oraz jego matce, która kiedyś miała być moją żoną. Gdy powróciłem do domu, to dostałem list od Jacopa. Wynikało z niego, że Benedetto został właśnie ujęty przez policję i oczekuje w więzieniu na proces. Ucieszyłem się, ponieważ oznaczało to, iż mogę zrealizować swój plan. Wysłałem więc Bertuccia, aby odwiedził on tego nędznika i wyjawił mu mój plan zniszczenia Villeforta. Ponieważ mój sługa nie mógł rozmawiać z młodzieńcem nazbyt długo, to następnego dnia wysłałem go ponownie wraz z plikiem pewnych dokumentów, które to jasno potwierdzały prawdziwą tożsamość Benedetta. Te oto papiery zdobyłem je dzięki pomocy Jacopa. On to właśnie odnalazł odpowiednich ludzi, a następnie zdobył ich oświadczenia i zeznania, aby rzekomy wicehrabia Cavalcanti mógł potem pokazać je sędziom podczas procesu. Wśród tych zeznań znalazły się m.in. zeznania ex-służącej pani Danglars (która była świadkiem kilku schadzek swojej pani z Villefortem), zeznania właścicielki sierocińca w Auteuil, a do tego również zeznania samego Bertuccia (który to o całej tej historii wiedział chyba najwięcej).
Benedetto, gdy poznał historię swych narodzin, poczuł do swego ojca wielką nienawiść i powiedział Bertucciowi, iż z przyjemnością zniszczy tego człowieka. Teraz Villefort był w moich rękach, choć oczywiście o tym nie wiedział. Zaś jego córkę potajemnie wydobyłem z grobowca, ocuciłem już nie pamiętam w jaki sposób, po czym zabrałem na Monte Christo i oddałem pod opiekę Hayde, którą również tam zabrałem. Jacopo i jego przemytnicy zadbali, aby obu paniom niczego nie zabrakło. Ja tymczasem powróciłem do Paryża. Miałem tam jeszcze rachunki do wyrównania.
W końcu odbył się proces Benedetta. Villefort udał się na niego bardzo z siebie zadowolony. Rozprawił się z żoną, oznajmiając jej, że wszystko wie i każe jej popełnić samobójstwo tą samą trucizną, jaką zabiła jego córkę oraz grożąc, że w przeciwnym razie wyda ją policji i osobiście doprowadzi do tego, że zostanie ścięta na gilotynie. Podczas rozprawy sądowej zaś bez najmniejszych skrupułów domagał się od sądu wyroku śmierci dla Benedetta, nie mając jednak pojęcia, że oto ma przed sobą własnego syna. Byłem obecny na procesie, ukryty pomiędzy ludźmi, którzy przyszli podziwiać wielkiego prokuratora w akcji i czekałem na chwilę, w której to Benedetto ujawni przed całym światem, kim naprawdę jest. Nie musiałem długo czekać. Rzekomy wicehrabia Cavalcanti opowiedział przed sądem znaną już panu historię swych narodzin oraz wyznał, że jego ojcem jest Gerard de Villefort. Wspomniał również, że nazwisko matki jest mu obce, ale nawet gdyby je znał, to i tak by go nie ujawnił, gdyż jest ona jedynie niewinną ofiarą intryg pana prokuratora. To była jedyna szlachetna rzecz, jakiej ten nędznik w całym swoim życiu się dopuścił. Kiedy sąd zaś zażyczył sobie dowodów na potwierdzenie tej historii, to wówczas Benedetto pokazał mu wszystkie dokumenty otrzymane od Bertuccia, a także wskazał na Villeforta, którego twarz mówiła sama za siebie. Gdy zaś sąd zapytał Gerarda, co odpowie na takie zarzuty, z bólem w sercu powiedział, iż są one prawdziwe, po czym wyszedł. Proces został odroczony, a ja z satysfakcją w głosie powiedziałem mrocznym głosem tylko jedno słowo, które to oprócz mnie słyszał jedynie Bóg: TRZECI!
Nie nasyciło to jednak wtedy mojej żądzy zemsty. Chciałem jeszcze bardziej pognębić pana de Villeforta, dlatego też z satysfakcją przebrałem się ponownie za księdza Busoni i odwiedziłem Gerarda w chwili, gdy ten wrócił do domu. Kiedy zapytał mnie on, czego chcę, wyjawiłem mu, że nie jestem mnichem, ale hrabią Monte Christo, lecz ten tytuł, to jest tylko moje nowe nazwisko. Prawdziwe brzmi bowiem Edmund Dantes, a wszystkie zło, które spotkało niedawno Gerarda to kara za zbrodnię, której dopuścił się on wobec mnie dwadzieścia trzy lata temu. Słysząc te słowa Villefort złapał mnie za rękę i zaprowadził do pokoju, w którym otruła się Heloiza. Niedaleko niej leżał również martwy Edwardek. Okazało się, iż ta szalona kobieta przed śmiercią zamordowała również swoje dziecko uważając, że nie może go zostawić samego na tym świecie. Villefort zapytał wówczas, czy moja żądza zemsty jest już nasycona, a ja poczułem, jak serce zamiera mi w piersi. Szybko podbiegłem do małego Edwarda, próbując go reanimować, ale było to bezcelowe - chłopiec nie żył. Gerard padł na kolana i zaczął dziko płakać. Powiedziałem mu, że Walentyna nadal żyje, ale nie uwierzył mi. Zaczął się histerycznie śmiać i wybiegł do ogrodu. Tam zaś złapał za łopatę i zaczął przekopywać grządki w poszukiwaniu swojego nieślubnego dziecka. Gdy tylko to ujrzałem, wiedziałem już, że Gerard de Villefort postradał zmysły. Jeszcze tego samego dnia odesłano go do najbliższego domu dla obłąkanych. Zaś Noirtiera, którym teraz nie miał się kto zająć, zabrałem do siebie, czując przy tym w sercu, że w przypadku pana prokuratora zemsta moja niestety przekroczyła wszelkie granice etyczne.
W tym oto miejscu muszę udzielić panu pewnych wyjaśnień, drogi panie Chroniqueur. Są one niezbędne, żeby mnie pan dobrze zrozumiał. Śmierć Heloizy nie przejęła mnie w żaden sposób. Szaleństwo Villeforta nieco mną wstrząsnęło, jednak tylko na tyle, na ile mogło to zaszokować każdego choć trochę wrażliwego człowieka. Tym, co wywołało we mnie największy szok, był los biednego, małego Edwardka. Oczywiście nie darzyłem tego rozpieszczonego do granic możliwości chłopca sympatią i praktycznie poza jego własną matką, a może także częściowo i ojcem, wszyscy podzielali moje zdanie. Mimo wszystko to dziecko nie zasłużyło na taki los. Czułem się winny tego wszystkiego, bo choć w żadnym razem nie odpowiadałem za czyny tej szalonej kobiety, to jednak sumienie gnębiło mnie okropnie z tego powodu. Miałem wielką nadzieję, że Bóg zechce mi to wybaczyć. Poczułem w sercu tak wielką skruchę, że w modlitwie błagałem Go o litość nade mną. Zrozumiałem też, iż nie mogę dokończyć pomsty na Danglarsie. Chciałem bowiem jego śmierci, ale teraz pojąłem, iż jeśli jeszcze ktoś umrze przeze mnie, to wówczas Bóg na zawsze odwróci ode mnie swoją twarz. Nie chciałem tego. Nie chciałem już również kontynuować swojej zemsty. Jedyne, czego pragnąłem, to zaznać spokoju i ukojenia.
Na tym zakończymy naszą dzisiejszą rozmowę. Jutro dowie się pan, jaki to los przygotowałem dla Danglarsa i co ostatecznie spotkało tę nędzną kreaturę.







No, w końcu hrabia zrozumiał, że dzieci tych, przez których trafił niesłusznie za kratki, nie są winne występków swoich ojców i całe szczęście, że w porę to zrozumiał, bo inaczej Walentyna poniosłaby śmierć, a wówczas załamany Maksymilian popełniłby samobójstwo, a przecież oni w żadnym wypadku nie zasłużyli na tak okrutny los, podobnie jak Edward, po śmierci którego hrabia zrozumiał, że nie tędy droga i postanowił oszczędzić Danglarsa, choć z początku zapewne planował wydać rozkaz włoskim przestępcom, aby go zamordowali. Maksymilian z kolei to typowy romantyk, niepotrafiący żyć bez swojej ukochanej, którą miłował szczerze ponad życie, dlatego dobrze się stało, że hrabia przestrzegł ją przed wyrodną macochą i sprawił, że zbrodnie Heloizy wyszły na jaw. Villefort i Danglars są natomiast siebie warci, gdyż szczęście i zdanie rodziny w ogóle ich nie obchodzi. Jeden ma bowiem na uwadze jedynie dobre imię i pragnie za wszelką cenę uniknąć skandalu i zepsucia swojej reputacji, drugi natomiast świata nie widzi poza pieniędzmi, przez co obaj unieszczęśliwiają swoja rodzinę, gdyż w ogóle jej nie kochają i nie mają na uwadze jej dobra, toteż nic dziwnego, że zdesperowana Eugenia postanowiła uciec od ojca w towarzystwie swojej nauczycielki i realizować swoje artystyczne marzenia z dala od domu i ojca, dla którego liczyły się jedynie wpływy i bogacenie się, a jej szczęście miał głęboko w poważaniu. Heloiza przynajmniej kochała swojego syna i chciała zapewnić mu jak najlepszą przyszłość. Dla Villeforta natomiast dobra opinia była ważniejsza niż własne dzieci, skoro wolał ukryć to, iż ktoś z jego domowników, pragnął zamordować jego córkę, narażając ja tym samym na niebezpieczeństwo, a wszystko tylko dlatego, żeby nie stracić uznania i poważania w oczach innych, bo w końcu miał się za nie wiadomo kogo, a koniec końców skończył w psychiatryku i dobrze mu tak, bo tak podły i nikczemny drań nie zasługuje na żadną litość czy współczucie.
OdpowiedzUsuńWalentyna musiała na niby umrzeć, żeby połączyć z się z ukochanym.
OdpowiedzUsuńEugenia jest też szczęśliwa ze swoją ukochaną.
Villefort postradał zmysły, ale sam jest sobie winien, skoro był zdolny do zabójstwa, aby ukryć stosunkowy niewielki grzech posiadania nieślubnego dziecka.
Teraz trzeba ukarać Danglarsa, tę nędzną kreaturę. Hrabia jednak odczuwa pewne wyrzuty sumienia z powodu Edwarda.
To czekam na następny rozdział. Czy będzie on też końcem naszej opowieści?