sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 67

Rozdział LXVII

Opowieść hrabiego Monte Christo cz. XII - Czwarty!


Ponieważ z ostatniej naszej rozmowy dowiedział się pan, jakże okrutny los spotkał trzeciego z moich wrogów, prokuratora Gerarda de Villeforta, to dzisiaj opowiem panu, w jaki sposób ostatecznie zakończyłem moją zemstę, jak również, co uszykowałem dla tego podłego, żałosnego szczura, którym był, a raczej nadal jest Danglars, mój ostatni wróg. A zatem słuchaj uważnie, przyjacielu.
Gdy opuściłem dom prokuratora de Villeforta, to zabrałem z niego jedynie sparaliżowanego Noirtiera. Choć człowieka tego mógłbym śmiało nazwać swoim nemezis, bo przecież to przez jego polityczne zagrywki ja straciłem wszystko, co miałem, to jednak nie byłem w stanie zostawić go tam samego, w dodatku jeszcze uwięzionego we własnym ciele. Tym bardziej, że przeze mnie syn jego postradał zmysły, a również pośrednio dzięki mnie wnuczek pana Noirtiera został otruty ręką własnej matki. Oczywiście pan oraz praktycznie wszyscy bliscy mi ludzie uważają inaczej, jednak do dziś moje serce nie zaznało całkowitego spokoju po tej tragedii. Prawdopodobnie też już nigdy go nie zazna. Oby Bóg zechciał mi wybaczyć to, iż niechcący przyczyniłem się do śmierci tego biednego dziecka, małego Edwarda de Villeforta. Oby mi wybaczył, bo nie wiem, czy sam zdołam sobie przebaczyć to, co się wtedy stało.
Tak czy inaczej, zabrałem Noirtiera do siebie i oddałem go pod opiekę moich wiernych sług, nakazując im przy tym, aby opiekowali się nim tak, jakby był mną. Następnie skontaktowałem się z Maksymilianem i poprosiłem go, żeby pojechał ze do Marsylii. Chciałem tam zakończyć kilka spraw. Młodzieniec zgodził się i już następnego dnia obaj byliśmy w tym pięknym mieście, z którego wynieśliśmy jak najpiękniejsze wspomnienia. Zdążyliśmy się zjawić tam na czas. Właśnie Albert de Morcerf, albo jak kto woli Albert Herrera, wsiadał na statek, który miał go zabrać do Afryki. Tam bowiem zmierzał ów młodzieniec, żeby oczyścić z hańby imię swoje oraz swej matki. Życzyłem mu w sercu, aby osiągnął swój cel. Poprosiłem Maksymiliana, żeby został w mieście przez kilka dni i poczekał na mnie, aż wrócę. Bałem się co prawda, iż młodzieniec zechce pod moją nieobecność targnąć się na swoje życie, dlatego też wiedząc, że Jacopo też jest w Marsylii, nakazałem mu pilnować uważnie chłopaka oraz przeszkodzić mu w jego ewentualnych próbach samobójczych. Co prawda, młody Morrel obiecał mi, że tego nie zrobi, ale czyż mogłem mu zaufać? Uważałem, że być może i mogę, jednakże zawsze lepiej jest dmuchać na zimne, gdyż słowo honoru słowem honoru, a serce sercem.
Po pożegnaniu się z Maksymilianem Morrelem, udałem się do mieszkania mojego ojca, w którym zgodnie z moją prośbą zatrzymała się Mercedes. Oboje wtedy ze sobą bardzo szczerze porozmawialiśmy. Była to ostatnia rozmowa, jaką przeprowadziliśmy we dwoje, ponieważ już nigdy więcej nie mieliśmy ze sobą rozmawiać. Moja niedoszła żona zaczęła narzekać, iż jest już skazana na wieczną samotność oraz dodała coś o woli Boga w tej sprawie. Odpowiedziałem jej na to, że wolą Najwyższego wcale nie jest cierpienie żadnej ludzkiej istoty, gdyż On, tworząc człowieka, obdarzył go całkowicie wolną wolą, tak więc to my wszyscy sami odpowiadamy za swoje życie i tylko od nas samych zależy, w jaki sposób je spędzimy. Następnie obiecałem wspierać Mercedes z cichą pomocą moich ludzi i robię to dzisiaj. Dzięki mnie wdowa po Fernandzie Mondego nie musi żebrać ani głodować, nigdy bowiem nie braknie jej klientów, którzy chcą kupować u niej ryby lub naprawiać sieci. Jeżeli zaś chodzi o Alberta, to do dzisiaj obaj utrzymujemy przyjazne relacje.
Zakończywszy moją rozmowę z Mercedes, udałem się statkiem do Rzymu. Po drodze jednak zatrzymałem się na wyspie If. Chciałem bowiem zobaczyć znów więzienie, które na czternaście lat stało się moim domem. Mogłem to zrobić bez żadnych problemów, albowiem po rewolucji lipcowej w 1830 roku i po tym, jak na tronie Francji zasiadł Ludwik Filip I, twierdza If stała się muzeum, zaś wszystkich jej więźniów objęła amnestia. Biedny Faria... Że też nie doczekał tej chwili. Jacyż obaj bylibyśmy szczęśliwi, mogąc jako wolni ludzie udać się na wyspę Monte Christo i zabrać z niej skarb Cezara Spady. Przewrotny los pozwolił jednak tylko mnie tego dokonać, a jemu już nie. Biedny, kochany ksiądz Faria. Oby spoczywał w pokoju.

 
Ale lepiej zakończę już te rozmyślania i powrócę do mojej opowieści. Otóż po przybyciu do twierdzy If, zapłaciłem drobną sumką komu trzeba, dzięki czemu pozwolono mi dokładnie zwiedzić dawne więzienie dla przestępców politycznych. Naturalnie przede wszystkim odwiedziłem swoją własną celę. Natychmiast odżyły we mnie wszystkie wspomnienia zarówno te dobre, jak i te złe. Przypomniałem sobie, jak cierpiałem w samotności przez siedem lat, a potem następne siedem mogłem spędzić w towarzystwie jednego z najszlachetniejszych ludzi na całym świecie, dzięki któremu nie popadłem w obłęd i znalazłem znowu chęć do życia, jak i też możliwość wydostania się na wolność oraz zdobycia skarbu wyspy Monte Christo. W mojej głowie odżyły ponownie wszystkie rozmowy, jakie odbyliśmy ja i Faria. Wszystkie plany, jakie knuliśmy, aby się stąd wydostać, znów krążyły po mojej pamięci i to tak świeże, jakbyśmy dopiero co je stworzyli. Także wszelkie nauki, którymi ten szlachetny człowiek zechciał mnie obdarzyć, odżyły w mojej głowie. Biedny, dobry ojciec Faria. Byłem mu za to wszystko, co dla mnie zrobił, wdzięczny, ponieważ teraz wiem, iż właśnie dzięki jego naukom oraz moralnym wsparciu podczas ciężkich chwil zyskałem nowe życie oraz szczęście, za jakie codziennie dziękuję Najwyższemu.
Po zwiedzeniu swojej dawnej celi udałem się do tej, którą zajmował ksiądz Faria. Ta wywołała we mnie jeszcze większy nawrót wspomnień i przez chwilę łzy cisnęły mi się na oczy. Na szczęście szybko powstrzymałem się od nich, gdyż oprowadzający mnie po muzeum strażnik mógłby je zauważyć, czego bynajmniej sobie nie życzyłem. Z przyjemnością za to wysłuchałem opowieści tego człowieka o mnie, czyli o więźniu numer 34 oraz moim najwierniejszym towarzyszy niedoli, numerze 27. Poznałem również historię mojej niezwykłej ucieczce z lochów twierdzy If, jak i również, za drobną opłatą, mogłem zabrać z nietkniętej przez nikogo celi Farii książkę, którą mój przyjaciel napisał z braku papieru na swoich koszulach. Postanowiłem to wiekopomne dzieło opublikować. Wziąłem także tę flaszeczkę, w której mój wierny przyjaciel przechowywał swe bezcenne lekarstwo. Buteleczka owa wzbudziła moje wielkie podejrzenia i chciałem je potwierdzić, zanim wydam jakikolwiek osąd o tym jakże szlachetnym człowieku. Ściskając w dłoniach owe bezcenne skarby opuściłem zamek If, aby już nigdy więcej do niego nie wrócić. W głowie zaś układałem sobie, co też zrobić z Danglarsem, którego Luigi Vampa na pewno miał już w swoich rękach. Znając niezwykłą skuteczność tego człowieka i jego ludzi, nie miałem w tej kwestii najmniejszych wątpliwości.


W ciągu zaledwie paru dni dotarłem do Rzymu. Muszę się tu przyznać, że nie spieszyłem się specjalnie. Co prawda postanowiłem, iż Danglarsa czeka inny los niż ten, który wcześniej dla niego przygotowałem, a ponadto też zamierzałem okazać mu litość, to jednak chciałem, żeby bandyci Vampy sobie jeszcze z nim pofiglowali. Ta kanalia zdecydowanie zasłużyła sobie na to. Właściwie powinien otrzymać znacznie większą karę, ale w tamtej chwili moje serce przesiąknięte było przede wszystkim miłosierdziem, jak również chęcią czynienia dobra, dlatego też nie myślałem już o jakiejkolwiek nowej i surowej karze dla niego. Po przybyciu do Wiecznego Miasta skontaktowałem się zaraz z Luigim Vampą za pośrednictwem Peppina, który teraz już całkowicie duszą i ciałem oddany był bandzie mojego drogiego, włoskiego przyjaciela. Wyjaśniłem mu, że muszę porozmawiać z jego hersztem i to natychmiast. Rocca Priori z miejsca mi to umożliwił. Luigi Vampa bardzo ucieszył się na mój widok, chociaż nieco zdziwiła go moja prośba, aby okazać temu łajdakowi łaskę, jednak postanowił wykonać mój rozkaz.
Dla wyjaśnienia muszę tu dodać, że pan baron Danglars otrzymał ode mnie zasłużoną karę. Na moje polecenie bandyci Luigiego porwali go w chwili, kiedy to opuszczał bank „Thomson and French”, z którego odebrał bardzo dużą sumkę pieniędzy, powołując się przy tym na moje nazwisko. Łajdak ten miał zamiar wykorzystać zdobyte w ten sposób środki finansowe na ucieczkę do Wiednia, tam zaś zamierzał, że tak powiem, rozpocząć życie na nowo. Po drodze został jednak napadnięty przez ludzi Vampy, których o obecności Danglarsa uprzedził Peppino. Luigi, zgodnie z moim rozkazem, uwięził drogiego pana barona w Katakumbach Św. Sebastiana, po czym powiedział, że jest gotów go karmić, jeżeli ten zechce płacić bajońskie sumy za każdy posiłek. Zgodnie z moim planem pozostawiono Danglarsowi pieniądze, jakie zabrał z rzymskiego banku, a zabrano mu jedynie owe słynne pięć milionów zagarnięte w Paryżu. Te oto pieniądze Vampa, na moje polecenie, przesłał (anonimowo, rzecz jasna) w miejsca, którym się one należały, czyli rzecz jasna do szpitala i do sierocińca (choć wciąż nie jestem pewien, czy to aby nie był tylko szpital). Natomiast pan baron początkowo długo się opierał, ale w końcu głód i pragnienie zwyciężyły w nim i zamawiał sobie jadło oraz napoje, jednak oszczędzał pieniądze, aby jak najdłużej mu one starczyły.
Po kilku dniach takiej niewoli, pozostało mu już tylko pięćdziesiąt tysięcy franków i Danglars nie chciał za nic w świecie się z nimi rozstawać. Groziła mu zaplanowana przeze mnie śmierć głodowa. Tak, słuch pana nie myli. Właśnie śmierć z głodu. Tak bowiem umarł mój ojciec, doprowadzony przez tego łajdaka do rozpaczy po moim niesłusznym uwięzieniu. Sprawiedliwym więc wydaje się fakt, że i jego katu zgotowałem taki sam los. Danglars być może nie odpowiadał bezpośrednio za głodową śmierć Ludwika Dantesa, jednak pośrednio był za nią odpowiedzialny i to o wiele bardziej nawet, aniżeli ja byłem współwinny otrucia małego Edwardka de Villeforta. W moim pierwotnym zamyśle ta nędzna kreatura, baron Danglars, miał umrzeć w sposób tak okrutny i przerażający, w jaki umierał mój biedny ojciec, ale w świetle ostatnich wydarzeń nie byłem już zdolny skazać go na taki los. Dlatego też tego dnia, w którym zjawiłem się w Katakumbach Św. Sebastiana, poprosiłem Luigiego Vampę, aby umożliwił mi chwilę rozmowy z jego więźniem, po czym poszedłem do Danglarsa. Wyznałem mu, kim jestem i za co spotyka go taki los. Łajdak ów był tak przerażony, że nie chciał w to wszystko uwierzyć, ostatecznie jednak chyba zrozumiał, iż mówię prawdę i zaczął się przede mną kajać. Ja zaś podniosłem go jak brata i kazałem Vampie wydać wielką ucztę, na której ugościłem tego nędznika. Pozwoliłem mu też zachować owe pięćdziesiąt tysięcy franków, jakie przy sobie miał i nakazałem, aby ludzie Vampy zabrali go karetą do lasu i wypuścili dokładnie tam, skąd go porwali. Ja zaś pożegnałem się z moim druhem, panem Luigim oraz udzieliłem mu kilku wyjaśnień, dlaczego tak, a nie inaczej ze swoim wrogiem postępuję. Nie wyjawiłem mu wszystkiego, ale na tyle dużo, aby mój druh mógł mnie zrozumieć. Gdy już skończyłem swoją historię, to Luigi uznał, iż postąpiłem słusznie, po czym podał mi dłoń i obiecał wieczną przyjaźń bez względu na wszystko. Ja zaś odwdzięczyłem mu się tym samym i powróciłem do Marsylii.
Co jednak tam zrobiłem pozwolę sobie odłożyć na następną rozmowę, panie Chroniqueur. Podczas niej dowie się pan, jak mniemam, nie mniej interesujących szczegółów aniżeli te, które panu dzisiaj ujawniłem.

2 komentarze:

  1. A więc hrabia początkowo zamierzał zagłodzić tego nędznika, Danglarsa i dopiero po śmierci Edwarda zdał sobie sprawę, że nie tędy droga i postanowił darować mu życie i wolność. Do Mercedes natomiast wciąż coś musiał czuć, nadal była mu w jakimś stopniu bliska, skoro ukazał jej swą szlachetność, pozwalając się zabić jej synowi, do czego na szczęście nie doszło, potem natomiast przysyłał do niej klientów, by miała z czego żyć. Albert natomiast był bardzo honorowy, skoro zdecydował się na służbę w marynarce, żeby zmyć piętno z nazwiska swojego oraz swojej matki, jakie pozostawił jego ojciec, który okazał się kolejnym nic niewartym łajdakiem i zdrajcą.

    OdpowiedzUsuń
  2. Może to i dobrze, że hrabia nie dzieli się wszystkimi szczegółami, zostawiając niektóre sekrety do odkrycia na później.
    To dziwne musiało być uczucie, udać się do tego muzeum, dawnego więzienia i przypomnieć sobie, że w tym miejscu zmarnowano zostały najpiękniejsze lata naszego życia.
    Czekam wiec na następne rozdziały.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...