Opowieść hrabiego Monte Christo cz. XIII - Życie po zemście
Poprzednim razem opowiedziałem panu, jak ostatecznie zakończyłem moją zemstę. Nie oznacza to jednak końca mojej opowieści, gdyż muszę zapoznać cię jeszcze, mój drogi przyjacielu, z moimi dalszymi losami, jakie miały miejsce po dokonaniu przeze mnie zemsty. A zatem do dzieła!
Kiedy powróciłem z Rzymu do Marsylii, to od razu przybył do mnie Jacopo. Miał on pomyślne wieści. Maksymilian Morrel dotrzymał danego słowa i w ciągu ostatnich kilku dni nie targnął się ani razu na swoje życie. Mogłem więc z radością przystąpić do działania. Odwiedziłem biednego młodzieńca w hotelu, w którym się zatrzymał, po czym powiedziałem mu, iż w zamian za to, że nie odebrał sobie życia pod moją nieobecność, teraz ja dotrzymam danego słowa i pomogę mu opuścić ten padół łez w sposób godny oraz bezbolesny. Chłopak chciał zrobić to już teraz, jednak ja poprosiłem go o nieco więcej cierpliwości. Wyjaśniłem mu, że umierać należy z klasą, dlatego też lepiej będzie udać się w wyjątkowe miejsce, gdzie jego zejście z tego świata nie wzbudzi niepotrzebnego zainteresowania osób postronnych. Tym miejscem miała być wyspa Monte Christo. Maksymilian zgodził się na to, gdyż było mu wszystko jedno, gdzie odbierze sobie życie. Tutaj czy na końcu świata, co za różnica? Kiedy jest się młodym i chce się umrzeć, to każde miejsce ku temu jest dobre.
Poszliśmy więc oboje do portu, gdzie czekał na nas mój statek wraz z wierną załogą. Popłynęliśmy nim na wyspę Monte Christo, a tam zabrałem mego młodego przyjaciela do jednej z grot. Notabene, była to ta sama grota, w której to niegdyś ugościłem serdecznie barona Franza d’Epinay, kiedy ten wybrał się polować na kozice. Odbyłem z młodzieńcem długą oraz poufną rozmowę. Zapytałem go, czy jest on pewien tego, co chce zrobić. Ostatecznie może spotkać w życiu jeszcze wiele pięknych i szlachetnych kobiet. Czy warto więc dla jednej z nich odbierać sobie życie? Maksymilian jednak zapewnił mnie, że nie jest w stanie pokochać innej kobiety, gdyż Walentyna to dla niego ta jedna i jedyna. W głosie młodzieńca nie wyczułem fałszu ani kłamstwa, dlatego też uśmiechnięty popatrzyłem na niego i powiedziałem, że skoro tak, to wobec tego dotrzymam danego słowa. To mówiąc podałem młodzieńcowi pewną niewielką pastylkę, w której rzekomo znajdowała się trucizna, a żeby chłopak nie miał w tej kwestii najmniejszych wątpliwości, sam zażyłem podobną. Okłamałem go jednak, gdyż wewnątrz tej pastylki znajdował się jedynie haszysz, który w żaden sposób nie mógł odebrać mu życia. Maksymilian szybko dał się otumanić mocy narkotyku. Ja zaś, jako już przyzwyczajony do tego świństwa (mówię o nim teraz, że jest to świństwo, choć wtedy miałem zupełnie inne zdanie w tej sprawie), poradziłem sobie z jego zgubną mocą i zachowałem trzeźwość umysłu, w przeciwieństwie do mego młodego przyjaciela.
Gdy Maksymilian Morrel został już odurzony narkotykiem, z wielką radością przedstawiłem mu cudownie ocalałą Walentynę de Villefort, jego rzekomo zmarłą ukochaną. Dziewczyna rzuciła się młodzieńcowi w ramiona dziękując mi za to, że pomogłem im się połączyć, bo gdyby nie ja, to ona umarłaby otruta przez swoją podłą macochę, a jej ukochany odebrałby sobie życie. Powiedziałem, że to nic w porównaniu z ogromem szczęścia, jakie się przed nimi roztacza. Potem poprosiłem Walentynę, żeby ona oraz jej przyszły mąż wzięli pod swoją opiekę moją kochaną wychowanicę, Hayde. Ledwo to powiedziałem, a z następnego pomieszczenia wyszła wyżej wspomniana osoba pytając mnie, dlaczego tak mówię. Powiedziałem wówczas mojej słodkiej księżniczce, że w ogóle nie zasługuję na szczęście po tym wszystkim, co miało miejsce w ciągu ostatnich kilku miesięcy, ponieważ moja bezwzględna zemsta uczyniła mnie niegodnym miłości ani poświęcenia. Hayde, słysząc te słowa, rzuciła mi się na szyję, wyznając mi ponownie miłość oraz mówiąc, że jest gotowa ze mną iść choćby do piekła, bylebym tylko jej nie odsyłał od swojego boku. Powiedziała jeszcze wiele pięknych słów, jakże podobnych do tych wzniosłych deklaracji, jakie kiedyś mówiła mi inna kobieta. Ale Hayde nie była Mercedes, a jej miłość była silniejsza od miłości tamtej, a największym na to dowodem było to, iż nosiła ona pod sercem moje dziecko, co też niemalże z dziecięcą radością wyznała mi na ucho. Początkowo wiadomość ta nieco mnie przeraziła, bo jakże ja, tak mściwy człowiek, nie znający litości oraz przebaczenia, miałbym się sprawdzić jako mąż i ojciec? Odeszliśmy na stronę i powiedziałem to Hayde, ona jednak obaliła te argumenty mówiąc, że to jest właśnie lekarstwo na wszystkie demony przeszłości - kochająca mnie rodzina. Jakże mnie wtedy ujęła swoją odwagą, swoim oddaniem i swoją wiarą w to, co mówi. Tak bardzo mnie tym ujęła, że nie umiałem dłużej walczyć z tym uczuciem, które to już od dawna do niej czułem, lecz w obawie przed skrzywdzeniem jej mroczną stroną swojej osobowości, jak i też z powodu lęku przed ponownym zawodem miłosnym, który byłby związanym z tym cierpieniem, odpychałem to uczucie, próbując je zwalczyć w sobie i w niej. Teraz jednak poddałem mu się. Tak, uwierzyłem mojej słodkiej księżniczce w jej piękne słowa i w to, że jeszcze mogę być szczęśliwy na tym świecie, po czym objąłem ją mocno do siebie, pocałowałem i powiedziałem, że jeżeli jest na to gotowa, to niech wyjedzie ze mną na Wschód, gdzie zamierzałem zamieszkać. Hayde pożegnała się jeszcze z Walentyną, która stała się dla niej jak siostra, a następnie oboje wsiedliśmy na pokład statku, którym przypłynąłem na tę wyspę.
Zanim jednak oboje udaliśmy się w podróż, zdążyłem jeszcze napisać list do Maksymiliana i jego ukochanej. Poprosiłem w nim, żeby Walentyna przyjęła w posagu ode mnie resztę mojego skarbu ukrytego na wyspie Monte Christo, a także oba moje domy: w Auteuil oraz na Polach Elizejskich, a szczególnie ten drugi, w którym to czeka już na nich pan Noirtier, aby im pobłogosławić na nowej drodze życia. Poprosiłem ją też, żeby cały majątek odziedziczony po państwie de Saint-Meran przekazała na cele dobroczynne. Przyszłym małżonkom dałem także jako pożegnanie morał, aby nigdy nie przestali wierzyć w to, że życie może przynieść im radość, gdyż nie zna szczęścia ten, kto nie zaznał nieszczęścia, a prócz tego, że największą mądrością tego świata jest czekanie bez tracenia nadziei na lepsze jutro. List wręczyłem Jacopowi, który wraz ze swą załogą przypłynął, aby zabrać z Monte Christo Walentynę i Maksymiliana.
Ja i Hayde popłynęliśmy zgodnie z naszym planem na Wschód. Po drodze haszysz przestał już działać i zacząłem mieć pewne wątpliwości, czy aby to, co Hayde powiedziała mi na wyspie, to było prawda, czy też może jedynie piękna wizja narkotyczna. Wybranka mego serca rozwiała jednak wszelkie obawy w tym kierunku, ponieważ naprawdę spodziewała się dziecka. Słodkiego i rozkosznego dzieciątka, owocu pewnej jakże pięknej i upojnej nocy, jaka miała miejsce przed moim pojedynkiem z wicehrabią Albertem de Morcerfem. Nigdy nie zapomniałem tej pięknej nocy, jednakże początkowo nie chciałem obciążać mojej ukochanej Hayde swą osobą, ani też wiązać jej ze mną na całe życie uważając, że nie jest mi dane po tym wszystkim, co się stało, jeszcze zaznać szczęścia, ale moja słodka księżniczka była gotowa iść ze mną przez całe życie i to bez względu na wszystko, a wyczuwając w jej głosie (kiedy mi to mówiła) najprawdziwszą szczerość, z największą przyjemnością spełniłem życzenie tej wyjątkowej dziewczyny, która przywróciła mi wiarę w siebie oraz nadała mojemu życiu najwyższy sens. Tej nocy, kiedy kochaliśmy się namiętnie w kajucie, płynąc przez morza i oceany ku nowemu życiu, czułem w sercu, że oto teraz moje życie zaczyna się na nowo. Zemściłem się wreszcie na moich czterech wrogach, odnalazłem moją prawdziwą miłość, a do tego jeszcze miałem zostać ojcem. Czyż mogłem sobie wyobrazić lepszą perspektywę na przyszłość?
Muszę jednak przyznać, że nie od razu popłynęliśmy na Wschód. Najpierw musiałem zakończyć jeszcze kilka ważnych dla mnie spraw. Wciąż wszak czułem się odpowiedzialny za losy Benedetta, który chociaż był zwykłym nędznikiem, to jednak jak mój protegowany zasłużył na moją pomoc. Ja zaś, jako jego protektor powinienem był go wesprzeć choćby jeszcze jeden, ostatni raz. Zrobiłem więc to i rzekomy wicehrabia Cavalcanti odzyskał wolność za sprawą przekupstwa, a także kilku sprytnych machinacji. Nie było to oczywiście legalne, zaś młodzieniec ten zwyczajnie uciekł z więzienia, także wciąż był ścigany przez prawo. Dałem mu drobną sumę pieniędzy, aby mógł uciec za granicę i rozpocząć życie na nowo. Nieco później miało miejsce wesele Maksymiliana i Walentyny, na którym to ja i moja ukochana Hayde byliśmy honorowymi gośćmi. Po uroczystej ceremonii, pożegnaliśmy się z naszymi przyjaciółmi, a następnie powróciliśmy do naszej podróży, ale obiecując im solennie, że jeszcze się spotkamy.
Zanim jednak wyjechaliśmy z Francji, postanowiłem załatwić jeszcze jedną, już ostatnią sprawę, która mnie z tym krajem łączyła. Mianowicie chciałem jeszcze dokonać rehabilitacji Edmunda Dantesa. Oczywiście mało kogo teraz obchodziła sprawa sprzed dwudziestu trzech lat, ale ponownie okazało się, że za odpowiednią sumę można dokonać cudów. Cała sprawa została wznowiona i rozstrzygnięta na moją korzyść, niezwykle szybko i sprawnie. Machinacje Villeforta, jak i również oszustwo Mondego oraz Danglarsa wyszły na jaw, także więc w ciągu miesiąca Edmund Dantes został pośmiertnie oczyszczony ze wszystkich zarzutów. Ślady tego procesu na pewno są jeszcze w sądowych archiwach. Wystarczy, że im się pan dobrze przyjrzy, a na pewno pan na nie trafi, drogi panie Chroniqueur, jestem tego pewien. Ale wracając do tematu, po zakończeniu tej sprawy z całkiem czystym już sumieniem ruszyłem w kierunku, jaki wybraliśmy razem z mą ukochaną.
Podczas naszej wędrówki na Wschód ja i Hayde zatrzymaliśmy się jeszcze w kilku miejscach. W jednym z nich opublikowałem dzieło księdza Farii i zadbałem o to, aby trafiło ono potem w ręce każdego prawdziwego miłośnika nauki. Prócz tego oddałem do analizy flakonik, który to zabrałem z celi mojego serdecznego przyjaciela. Na dnie tego naczynia było jeszcze kilka kropel jego lekarstwa, które zażywał. Byłem bardzo ciekaw, czy to jest to, co myślę. Szybko okazało się, że miałem rację. Rzekomym lekarstwem mojego przyjaciela była brucyna. Teraz już wiedziałem, dlaczego ksiądz Faria tak często mi o niej opowiadał podczas naszych lekcji, jakie odbywały się w naszych celach. Pojąłem również, czemu mój drogi przyjaciel kazał mi, abym wlał mu do gardła całą zawartość tej flaszki, gdyby dopadł go trzeci atak jego choroby. Wszystko stało się dla mnie jasne. Ksiądz Faria cierpiał na chorobę, która by go nie zabiła, ale całego sparaliżowała. Mój biedny przyjaciel doskonale wiedział, iż gdyby strażnicy ujrzeli go nieporuszającego się, to z pewnością uznaliby, że umarł i pochowaliby go żywcem w morzu. Niezbyt ciekawa perspektywa, nie uważa pan? Ja również tak sądzę. Dlatego też upewnił się, że podam mu śmiertelną dawkę brucyny, kiedy dopadnie go paraliż całego ciała. Wiedział, iż dzięki temu zapewni on sobie szybki zgon, a prócz tego mnie umożliwili ucieczkę z więziennej celi i to łatwiejszą aniżeli kopanie tunelu. Wielka szkoda, że nie wtajemniczył mnie w swój plan. W końcu mogłem nie wpaść na pomysł, aby zawinąć się w jego całun pogrzebowy i w ten sposób uciec z lochów zamku If. Jeżeli jednak ksiądz liczył na moją inteligencję, to nie pomylił się i wykonałem jego plan dokładnie tak, jak on tego oczekiwał.
Nie miałem wątpliwości, że było tak, jak to panu przedstawiłem. Faria był księdzem, nie świętym, także więc samobójstwo z moją drobną pomocą w celu uniknięciu paraliżu oraz umożliwienia mi ucieczki nie byłoby dla niego czymś niemożliwym do zrealizowania. Prócz tego jeszcze, do dziś pamiętam doskonale, jak rzekomo martwy Faria w chwili, kiedy wlałem w jego gardło całą zawartość owego flakonika, natychmiast poruszył się, jęknął, zadrżał, po czym padł martwy na ziemię. Gdyby już nie żył lub gdyby miał w tej buteleczce naprawdę lekarstwo, to wówczas z całą pewnością reakcja jego ciała byłaby zupełnie inna niż ta, która była. Prawdopodobnie nic by się wtedy nie wydarzyło. Tak natomiast zareagować mogło jedynie ciało człowieka na śmiertelną dawkę brucyny. Notabene, bardzo dobrze pamiętając lekcje mojego nieodżałowanej pamięci przyjaciela, właśnie tego jego „lekarstwa” używałem do zrealizowania swej zemsty na rodzinie de Villefort, nie mając przy tym najmniejszego pojęcia, że to właśnie brucyny używał Faria jako swojego leku i nim odebrał sobie życie, aby nie cierpieć katuszy człowieka sparaliżowanego, a prócz tego też umożliwić mi ucieczkę oraz zemstę na moich wrogach. Mam wielką nadzieję, że dobry Bóg wbrew temu, co uważa Kościół, nie potępia wcale samobójców, a jeśli nawet tak On postępuje, to wówczas wobec tego szlachetnego człowieka zachowa się sprawiedliwie i w żadnym razie nie skaże go na męki piekielne, ponieważ nie zasłużył on sobie na to. Z całego serca pokładam nadzieję w Najwyższym, iż należycie ocenił tego człowieka i zabrał jego duszę między anioły, gdzie jest jego miejsce.
Ale powracając do głównego tematu mojej historii, to muszę powiedzieć, że po zakończeniu tych wszystkich spraw udałem się z Hayde do Algierii, gdzie się pobraliśmy i zamieszkaliśmy w towarzystwie naszych wiernych sług: Alego oraz Bertuccia. Tam też niedługo potem dotarł do nas wierny Jacopo wraz z listem od pani Walentyny Morrel. Pisała ona w nim, że zgodnie z moją prośbą przekazała majątek, jaki odziedziczyła po państwie de Saint-Meran na cele charytatywne, to samo również zrobiła z domem w Auteuil. Dom na Polach Elizejskich zachowała dla siebie i męża, jednak nie była w stanie przyjąć ode mnie skarbu wyspy Monte Christo. Odesłała mi go więc za pośrednictwem Jacopa prosząc, abym sam z niego korzystał, dodając, że na pewno lepiej go spożytkuję niż ona. Swoją przyszłość małżonkowie mieli zapewnioną, gdyż firma handlowa „Morrel i syn” zarabiała tyle, że Maksymiliana i Walentynę stać było na dostatnie życie, a prócz tego pan Noirtier przepisał wnuczce cały swój niemały majątek, więc nędza im nie groziła.
Przyznam się, że decyzja Walentyny Morrel nieco mnie zasmuciła, jednak uznałem, iż miała ona pełne prawo tak właśnie postąpić i zabrałem do swojego pałacu skrzynię z resztkami skarbu wyspy Monte Christo, a do tego rozpocząłem przygotowania do nowego etapu w moim życiu, jakim było ojcostwo. Już kilka miesięcy później na świat przyszła moja ukochana córeczka, Marta, która wręcz z miejsca skradła nasze serca, a z tego, co słyszałem, nie tylko nasze. Proszę się tak nie rumienić, drogi panie Chroniqueur, w końcu obaj jesteśmy tylko ludźmi, zaś moja córka wyrosła na naprawdę piękną kobietę, także pana uczucie do niej wcale mnie nie dziwi. Bynajmniej nie dziwi.
Byłem bardzo szczęśliwy, ponieważ miałem przy sobie moją ukochaną żonę, rozkoszne dziecko oraz wiernych przyjaciół. Wydawało się, że nic nie jest w stanie mi zaszkodzić. Pomyliłem się jednak, gdyż zapomniałem o istnieniu dwóch ludzi, którzy zdecydowanie nie życzyli mi dobrze. Jednym z nich był Danglars, a drugim Benedetto. Obaj z czasem udowodnili mi, że zapominanie o nich było z mojej strony poważnym błędem, zaś oni sami są zdolni do tego, żeby dokonać na mnie swej własnej, osobistej zemsty.
Ale to już temat na naszą następną rozmowę, panie Chroniqueur.

W końcu hrabia dokonał zemsty na swych wrogach i mógł rozpocząć szczęśliwe życie u boku Hayde, która swą lojalnością i przywiązaniem udowodniła, że naprawdę go kochała, ale nim to nastąpiło, to sprawił, iż również Maksymilian i Walentyna odzyskali szczęście, nareszcie mogąc być razem i nie musząc się już o nic martwić. Tylko niepotrzebnie hrabia darował życie Danglarsowi i pomógł Benedettowi w ucieczce, gdyż nie pozyskał tym samym ich wdzięczności, a wręcz przeciwnie zyskał w nich wrogów, którzy zapragną stanąć mu na drodze do szczęścia.
OdpowiedzUsuńHrabia znalazł prawdziwą miłość, ale Danglars i Benedetto nie dali mu chyba spokoju.
OdpowiedzUsuńCiekawe tylko, jakie jeszcze tajemnice kryje ta opowieść i która z nich zostanie ujawniona w kolejnym rozdziale?