Wspomnienia Marty (wklejone do dziennika Jeana Chroniquera)
Ponieważ już jutro razem z moim narzeczonym wyruszam w drogę powrotną do Paryża, postanowiłam poświęcić w swoim pamiętniku trochę miejsca tym oto kilku dniom, które ostatnio spędził on ze mną w domu mego ojca, który (co mnie bardzo cieszy) serdecznie go polubił, podobnie zresztą jak moja mama. Bałam się, iż ojciec uzna Jeana za osobę nad wyraz niemoralną oraz o godnych pożałowania manierach. Ostatecznie miałby on wszelkie powody, żeby tak myśleć, w końcu oddałam się mojemu ukochanemu jeszcze przed ślubem, na co Jean z największą przyjemnością, pomijając wszystkie konwenanse oraz obyczaje przystał, jednak cóż... Mój ojciec widocznie pamięta powiedzenie, iż przyganiał kocioł garnkowi, a sam smoli, a ponieważ (jak mi to mama w tajemnicy wyznała) sam nie żył z nią w czystości przed ślubem, to najwidoczniej uznał, że nie należy komuś takich rzeczy wypominać. Jedyne, co zrobił, to rozmówił się on ze mną po cichu i w tajemnicy przed Jeanem. Chciał się dowiedzieć, czy moja miłość do tego chłopca, jak go nazywał, jest szczera. Zapewniłam oczywiście ojca, że tak właśnie jest. Oboje więc porozmawialiśmy jeszcze o innych sprawach, jednak pozwolę sobie je zachować dla siebie i nie zapisywać w swoich pamiętnikach, ponieważ spodziewam się, iż ktoś kiedyś będzie je czytał, a nie chcę, żeby o tym wiedział. Są bowiem w życiu każdego człowieka takie tajemnice, które woli zachować dla siebie. Tym chętniej, jeśli ten człowiek to kobieta.
Przechodząc zatem do sedna sprawy, ku mojej wielkiej radości ojciec i Jean z łatwością się dogadali oraz serdecznie polubili. Luby mój przez całe czternaście dni odwiedzał raz za razem ojca, a ten opowiadał mu wówczas niezwykłe koleje swoich losów. Sprytnie, niczym słynna Szeherezada, przerywał on swoją opowieść w najciekawszym momencie, aby rozbudzić ciekawość Jeana i zachęcić go do wysłuchania dalszych części swojej historii. Mój ukochany z radością zapisywał wszystko, co usłyszał od swego rozmówcy, a kiedy opowieść dobiegła wreszcie kresu, postanowił zgodnie ze swoim planem, z jej pomocą stworzyć artykuł swego życia. Artykuł, który miał uczynić go sławnym, chociaż, jeżeli mam być szczera, Jeanowi wcale nie zależało na samej sławie. To znaczy skłamałabym, twierdząc, że sława go nie interesuje, jednak o wiele bardziej interesowało go doprowadzenie całej sprawy do końca, co jego zdaniem nigdy nie miałoby miejsca, gdyby nie wypełnił misji, w jakiej został wysłany do mojego ojca. Oczywiście wiedział już, że to zadanie powierzono mu jedynie dlatego, aby mógł mnie podczas podróży poznać i pokochać, jednak i tak chciał dokończyć to, co raz zaczął. Jean już taki jest - uparty i bardzo zdeterminowany. Nie będę ukrywać, iż tę cechy charakteru uważam za zaletę. Moim zdaniem, bardzo dobrze one świadczą o moim przyszłym mężu. Wierzę, że dzięki nim pozostanie on ze mną na dobre i złe, tak samo, jak i ja wytrwam przy nim, o czym jestem święcie przekonana.
Gdy już było po wszystkim, to Jean podszedł do mnie z uśmiechem i pokazał mi swoje dzienniki, w których zapisał dokładnie i ze wszystkimi ważnymi dla niego szczegółami opowieść mojego ojca, a także opowieść innych ludzi, których spotkał przed nim.
- Widzisz? To dokładne notatki z mojej podróży, w jaką wyruszyłem tropem twego ojca - powiedział z uśmiechem na twarzy - Zajęły one kilka dzienników, ale zdecydowanie są tego warte. Kiedyś opublikuję całość, a na razie przechowam je niczym największy skarb, a z ich najważniejszych fragmentów napiszę artykuł o hrabim Monte Christo. Artykuł, który uczyni mnie sławnym!
Popatrzyłam na mojego ukochanego z radością w oczach, po czym rzekłam, że bardzo cieszy mnie jego sukces, tym bardziej, iż miałam w nim pewien swój udział. Jean zachichotał lekko, słysząc moje słowa.
- Oj tak, to prawda, kochanie. Miałaś w tym wszystkim wielki udział. Mówię poważnie. Masz w tym swój udział i to większy niż myślisz. Ostatecznie, gdyby nie twoja miłość do mnie, to do tej podróży nigdy by nie doszło.
- Właśnie - dodałam radośnie - Nigdy byśmy się też nie poznali i teraz nie bylibyśmy razem.
- A tym samym największa miłość, jaką mógłbym odnaleźć na tym świecie ominęłaby mnie bezpowrotnie - dokończył czule moją myśl Jean, podchodząc do mnie powolnym krokiem - Marto... Chcę, żebyś wiedziała, że znaczysz dla mnie więcej niż ta cała sława oraz zysk, jaki osiągnę z mojego artykułu. To są sprawy drugorzędne, bo najważniejsze dla mnie są nasza miłość i podróż, którą odbyliśmy. Ta podróż, to była największa przygoda mojego życia i nie mógłbym sobie lepszej wymarzyć.
- Cieszę się, że tak mówisz, najdroższy - odpowiedziałam, przytulając się do niego - I że nie gniewasz się już na mnie za to, iż cię oszukałam.
Jean delikatnie się zaśmiał, bardzo pieszczotliwie gładząc przy tym palcami moje włosy.
- Najdroższa moja... Byłem na ciebie początkowo zły, to prawda, ale między nami mówiąc, to jakoś nie umiałbym długo się boczyć na moją słodką hrabiankę. Przecież to dzięki niej życie pewnego dziennikarza nareszcie nabrało sensu.
- Czyli, że wcześniej ono go nie miało? - zapytałam zainteresowana tym, co mi właśnie powiedział i ciekawa tego, co mi odpowie.
- No cóż... Prawdopodobnie jakiś tam sens miało, jednak wszystko, co wtedy robiłem, robiłem tylko dla siebie samego, nie patrząc zbyt daleko w przyszłość, która była mi całkowicie obca, mglista, w sumie to nawet nie istniała.
- Jak to, nie istniała? Co masz na myśli?
- Mam na myśli to, że w jakieś ewentualnej mojej wizji przyszłości, mój los za dwadzieścia lub też trzydzieści lat wyglądał tak samo, jak w chwili, w której ją rozważałam. Nudno i żałośnie. Wieczny kawaler bez bliskich sobie osób, cieszący się nieposkromioną wolnością, która to po latach stałaby mu się wielkim ciężarem. Brylujący na różnych przyjęciach w towarzystwie napuszonych i żałosnych ludzi, ciągle tylko poszukujący sensacji dla tej swojej gazetki, niemający żadnych celów poza jednym.
- Jakim?
- Takim, aby przeżyć jakoś kolejny dzień. Z pewnością nie byłoby mi z tym wszystkim tak źle, jednak po jakimś czasie, gdybym obudziłbym się samotnie...
- W to, że budziłeś się samotnie, to ja ci jakoś nie wierzę. Taki atrakcyjny Adonis jak ty na pewno był rozchwytywany przez kobiety - zażartowałam sobie, chichocząc przy tym pod nosem.
Jean uśmiechnął się tylko delikatnie, po czym kontynuował swoją przemowę:
- Obudziłbym się samotnie, spojrzałbym w lustro i ujrzałbym kogo? Starego bufona, który nie ma już żadnych szans na to, aby założyć rodzinę i mieć dla kogo żyć.
- Sądzisz, że nie poznałbyś żadnej kobiety, która byłaby warta twoich uczuć?
- Nie wiem, aniołku. Nigdy już się nie dowiemy, co by było, gdyby... Jednego jednak jestem pewien. Żadna inna nie wzbudziła we mnie nigdy takich uczuć, jakie budzisz we mnie ty. Z nikim innym też nie czułem się tak wspaniale, jak z tobą. Ta wspólna podróż tropem twego ojca na zawsze nas ze sobą połączyła i nic tego nie zmieni.
Spojrzałam w jego oczy z miłością i powiedziałam:
- Czyli dobry wybrałam sposób, żeby zdobyć twoją miłość? Przygoda, wielka podróż ku nieznanemu, groźni rozbójnicy, szlachetni przemytnicy, orientalna dama w opresji mająca za nic wszelkie konwenanse, wspólne rozwiązywanie krok po kroku tajemniczej zagadki, to są chyba najlepsze środki do tego, żeby powstało piękne uczucie między mężczyzną a kobietą. Nieprawdaż?
- Prawdaż. Ale to oczywiście się sprawdza tylko wówczas, kiedy to mamy do czynienia z dwojgiem ludzi przeciwnych płci, takich właśnie jak my, którzy lubią takie środki do rozwijania miłości.
- W rzeczy samej. Miałam zatem olbrzymie szczęście, że ciebie i mnie łączą podobne gusta.
- Szczęście albo też dobrych informatorów. W końcu twój ojciec zadbał o to, żeby dowiedzieć się o mnie wszystkiego zanim rozpoczęliście tę całą zabawę.
- Tak, masz rację, ale musisz wiedzieć, że nie licząc mojej tożsamości, to wszystko, co ci powiedziałam o sobie, jest prawdą, a już zwłaszcza to, co mówiłam ci o moich uczuciach do ciebie. Tylko moje nazwisko było udawane. Reszta jest prawdziwa, tak samo jak miłość do ciebie.
- Wierzę ci, Martusiu. Gdybym nie wierzył, to bylibyśmy teraz razem.
- Słuszna uwaga. Co teraz zamierzasz zrobić?
- Zamierzam napisać wspaniały artykuł i opublikować go w gazecie mojego ojca chrzestnego. Ostatecznie, to przecież właśnie po to wyruszyłem w tę podróż, w każdym razie pierwotnie.
- A co ze mną?
- To chyba oczywiste, Marto. Kocham cię, a ty kochasz mnie. Chcemy być razem na zawsze i mamy taką możliwość. Popraw mnie, jeśli się mylę.
- Nie mylisz się, ale mów dalej, proszę.
- A więc, skoro mam rację, to na pewno nie pomylę się, jeśli dodam też, iż możemy śmiało się pobrać oraz założyć rodzinę.
Uśmiechnęłam się do niego radośnie i delikatnym ruchem ręki zmierzwiłam mu włosy dłonią.
- I zabierzesz mnie ze sobą do Paryża?
- Taki mam zamiar. Oczywiście możemy zamieszkać tutaj w Afryce, jeżeli zechcesz.
- Nie, wolę mieszkać w Paryżu. Tutaj jest nieco za gorąco, ale obiecaj mi, że będziemy odwiedzać moich rodziców.
- Będziemy ich odwiedzać i to tak często, że oboje już będą mieli serdecznie dość naszych wizyt - zażartował sobie Jean.
- Na to nie licz, rodzice zbyt mocno nas kochają, aby do tego doszło.
- Raczej ciebie kochają, złociutka. Ja jestem dla nich obcy.
Lekko się obruszyłam, słysząc jego słowa.
- Och, ty niedobry. Jakiś ty niby obcy? Oni już cię kochają jak syna, jestem tego pewna. Możesz mi wierzyć. Znam ich na tyle dobrze, aby nie wątpić w to, że wiem, co mówię.
- Zapewne, mimo wszystko jednak mogą mieć mi za złe...
- Niby co?
- No wiesz, co.
Doskonale wiedziałam, o co mu chodzi, więc zaśmiałam się lekko, po czym pocałowałam go w usta.
- Jeśli nawet mieli nam to za złe, to już dawno im przeszło. Zaufaj mi. Wiem, co mówię.
- Zaufam ci, ale powiem jedno. Jeżeli nasza córka pójdzie w twoje ślady w tych sprawach, to tego, który jej to zrobi, chyba obedrę żywcem ze skóry. I zrobię to bardzo powoli, zapewniam cię.
Zaśmiałam się słysząc jego słowa, po czym znowu go pocałowałam, a chwilę później okazaliśmy sobie miłość w najprzyjemniejszy sposób, jaki tylko istnieje.
Resztę dni, jakie nam pozostały, poświęciliśmy na wiele przyjemnych spraw. Jean pracował nad artykułem, w czym pomagałam mu z największą ochotą, a gdy nie pracowaliśmy, to oddawaliśmy się prawdziwym przyjemnościom, takim jak kąpiele w najbliższej oazie, przejażdżki konne i przeglądanie biblioteki mojego ojca, która jest naprawdę imponująca. Teraz zaś szykuję się do snu, gdyż jutro rano wyruszamy w drogę powrotną do Paryża. Tam wreszcie spełni się moje marzenie i zostanę żoną człowieka, na którego całe życie czekałam. Człowieka, który jest dla mnie całym światem, podobnie zresztą, jak i ja dla niego. Jeana Chroniqueura, najwspanialszego dziennikarza na świecie.

A zatem największe marzenie Marty, do którego dążyła, biorąc udział w całej tej intrydze, w końcu doczeka się spełnienia, skoro poślubi Jeana. Dobrze, że on nie ma jej za złe tego, iż na początku ich znajomości podała mu nieprawdziwe nazwisko. Inaczej bowiem cała przygoda skończyłaby się przed czasem i nie byłoby tak ciekawie, a w ten sposób Marta doprowadziła ją do końca, skoro Jean dowiedział się czyją jest córką i jak brzmi jej rzeczywiste nazwisko, dopiero wtedy gdy przekroczył progi domu jej rodziców.
OdpowiedzUsuńWidzę ,że wszystko zmierza do szczęśliwego finału. Marta i Kronikarz doskonale do siebie pasują.
OdpowiedzUsuń