17 sierpnia 1855 r.
Tego dnia ja i Marta ostatecznie pożegnaliśmy Afrykę oraz przepiękny pałac hrabiego Monte Christo. Rodzice mojej ukochanej uściskali nas oboje i ucałowali, po czym poprosili, żebyśmy odwiedzali ich najczęściej, jak to tylko będzie dla nas możliwe. Sam hrabia ze swojej strony zapewnił, że będzie nas często odwiedzał w Paryżu, a na naszym weselu zatańczy tak, iż niejednego młodzieńca przegoni. Z uśmiechem w sercu i na twarzy odpowiedziałem mu jedynie:
- Nie mogę się już tego doczekać, panie hrabio. Czy może mogę już mówić do pana „tato“?
- Zaczekaj z tym do dnia, w którym zostaniesz moim zięciem, drogi chłopcze - powiedział hrabia nieco protekcjonalnym, aczkolwiek życzliwym tonem - A gdy to już się stanie, to wtedy zastanowię się, czy ci na ten przywilej pozwolić.
Ja i Marta oraz pani Hayde zaśmialiśmy się po usłyszeniu tych słów. Hrabia bywał niekiedy naprawdę bardzo dowcipny, choć rzadko mieliśmy okazję poznać jego poczucie humoru. Tym bardziej jednak docenialiśmy tę elokwencję, którą się wykazywał.
- Do zobaczenia, moja mała, kochana córeczko - powiedziała pani hrabina, czule ściskając i całując Martę - Obyś była tak szczęśliwa, jak ja z tatą.
- Jeśli ja i Jean będziemy choć w połowie tak szczęśliwi jak wy, to na pewno będzie nam się dobrze wiodło - odparła na to moja ukochana, czule oddając matce pocałunki.
Niedługo później oboje wsiedliśmy na pokład statku, który miał nas zabrać do Francji. Jego kapitanem był nasz stary, dobry znajomy, Jacopo.
- Witam serdecznie państwa na pokładzie - powiedział uroczystym tonem, salutując nam przy tym serdecznie - Płynąć z państwem do Francji to będzie dla mnie prawdziwy zaszczyt.
- Och, już nie bądź taki uroczysty, mój kochany Jacopo - odpowiedziała mu pobłażliwym tonem Marta - Przecież Jean bardzo dobrze wie, kim jesteś dla mnie i dla mojego ojca.
- To prawda, panienko Marto, jednak taki sposób wyrażania się wszedł mi w nawyk. Krótko mówiąc, taki już jestem.
- Postaraj się więc co nieco zmienić swoje nawyki, Jacopo. Choćby w sprawie nazywania mnie „panienką“. Zważ przy tym na to, że już niedługo będę mężatką.
- Słuszna uwaga - dodałem z uśmiechem na twarzy - Uwzględnij to w swoich planach na przyszłość, Jacopo.
- Zrobię to z prawdziwą przyjemnością, panie Chroniqueur - odpowiedział mi Jacopo, uśmiechając się do mnie w nad wyraz przyjazny sposób - Ale pora już ruszać, bo przegapimy przypływ.
- Racja. Ruszajmy w drogę. Pora już na nas! - powiedziałem zadowolonym tonem.
Zadowolony Jacopo stanął na środku pokładu i zaczął krzyczeć:
- Załoga na pokład! Żagle staw! Kotwica w górę! Płyniemy do Marsylii! Nie lenić mi się, szczury lądowe! Każdy leń wyląduje na cały tydzień w pace o chlebie i wodzie!
Oboje z Martą śmialiśmy się, słysząc słowa Jacopa. Wiedzieliśmy, że jedynie pozuje on na niezwykle surowego kapitana, a w rzeczywistości ma miękkie serce, które umiał skrzętnie ukrywać przed każdym. Jednak moja narzeczona, która znała go od dawna, przejrzała go na wylot i wyznała mi, że umie łatwo rozpoznać, kiedy okazuje on jakie uczucia.
Gdy statek odbił już od afrykańskiego brzegu, ja i Marta delikatnie oparliśmy się o reling patrząc na horyzont, w stronę którego zaczęliśmy zmierzać.
- Jak sądzisz, Jean, co nam przyniesie przyszłość? - zapytała mnie nagle moja narzeczona, po dłuższej chwili milczenia.
Spojrzałem na nią wówczas z całą miłością, jaką ją darzę i bez najmniejszego wahania odpowiedziałem jej:
- Nie jestem pewien, najmilsza. Nasza przyszłość jest równie tajemnicza, jak ten horyzont, w który oboje się wpatrujemy, ale jednego oboje możemy być pewni. Cokolwiek by się nie działo, to musimy mieć pewność, że zawsze będziemy mogli na siebie liczyć. Zaufanie jest podstawą miłości, bez niej ona ginie. Jestem pewien, że jeśli nasza miłość przetrwa, to my przetrwamy wszystko, co nam przygotuje los, nawet najtrudniejsze dni.
Marta spojrzała mi w oczy i zapytała:
- Myślisz, że jest tak, jak mówią? Że prawdziwa miłość jest wieczna i jest ona zdolna pokonać największą nawet przeszkodę?
Delikatnie i z miłością pogłaskałem dłonią twarz mojej ukochanej.
- Nie wiem, jak to jest z miłością u innych ludzi, ale nasza ma wielką moc, to więcej niż pewne. Przetrwamy każdą burzę, jeżeli tylko będziemy wierzyć, że nam się to uda. Wiara to podstawa każdego sukcesu, dlatego też nigdy nie możemy jej stracić.
- Ja jej nigdy nie stracę, Jean.
- Ani ja, Martusiu. Ani ja.
Po tych oto słowach nasze usta złączyły się w pocałunku prawdziwej miłości, o jakiej dotychczas czytałem tylko w książkach.
Nie wiem, co czeka nas w przyszłości ani też jakie niespodzianki przygotuje nam los. Wiem jednak jedno - cokolwiek by się nie wydarzyło, to chcę być z Martą do końca mych dni. Oby dobry Bóg dał nam tych dni bardzo wiele i oby były one szczęśliwe. Jeśli będzie trzeba o to szczęście zawalczyć, to jestem gotów to zrobić. Marta zresztą także. Oby ta ochota do walki pozostała w nas na zawsze, podobnie jak i nasza miłość, która pcha nas do działania.
I niech dobry Bóg pobłogosławi dobrego hrabiego de Monte Christo oraz jego wspaniałą, szlachetną żonę. Niech da im obojgu bardzo wiele szczęścia i radości, na które w pełni sobie zasłużyli, choćby za te liczne cierpienia, których doznali na tym podłym świecie. I niech ześle im spokój w sercach. Spokój, którego oboje tak potrzebują.

A zatem Jean i Marta mogą już się szykować do ślubu, skoro zdecydowali się spędzić ze sobą resztę życia, dzięki czemu patrzą optymistycznie w przyszłość, bo wychodzą z przekonania, ze miłość jaka ich łączy, jest w stanie przetrwać wszystkie koleje losu, o ile tylko okaże się być prawdziwa, ale w ich przypadku z całą pewnością tak właśnie jest, skoro są w sobie tak bardzo zakochani, że świata poza sobą nie widzą. Jacopo z kolei umie zgrywać niezłego pozera, udając surowego i bezwzględnego kapitana, choć w rzeczywistości ma łagodne usposobienie, co bystra Marta już dawno zdołała odkryć.
OdpowiedzUsuńMiłość jak na razie kwitnie. Ciekawe, co się wydarzy dalej?
OdpowiedzUsuń